Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Kamień milowy
 Radiohead OK Computer 1997 Airbag; Paranoid Android; Subterranean Homesick Alien; Exit Music (For A Film); Let Down; Karma Police; Fitter Happier; Electioneering; Climbing Up The Walls; No Surprises; Lucky; The Tourist
ocena: 5
Co? OK Computer? Dajcie spokój, 5 gwiazdek. To wszystko, dziękujemy. Ocenianie rewolucyjnego, najsłynniejszego albumu Radiogłowych najczęściej odbywa się w mniej więcej taki sposób. Przyznam szczerze, że przez długi okres życia u mnie nie wyglądało to tak jednoznacznie. Zawsze lubiłem tę płytę, ale... Właśnie - zawsze było jakieś "ale". Należę do tej frakcji fanów Radiohead, która największym uwielbieniem darzy Kid A. Myślę, że w tej kwestii już się nie zmienię. Jednak przez lata słuchania i odkrywania nowych brzmień, co jakiś czas powracałem do OK Computer. I w końcu, pewnego dnia, powiedziałem: tak, to istne arcydzieło. Nie myślcie sobie, że pokochałem ten album, bo uznałem, że MUSZĘ to zrobić, bo w innym wypadku będę nienormalny, skoro praktycznie wszyscy uważają trzeci krążek w dorobku Yorke'a i spółki jako kamień milowy w historii muzyki. Po zapoznaniu się z niektórymi moimi recenzjami powinniście wiedzieć, że często jestem przekorny, jeśli chodzi o odbiór muzyki, a w szczególności w kwestii dokonań uznawanych za wybitne. Jednak w przypadku OK Computer zadecydowały... piosenki. Bo one są naprawdę piękne. Bez wyjątku. Bez żadnego "ale". Widocznie do tej płyty trzeba dojrzeć (dziwne, bo zawsze myślałem w ten sposób o wspomnianym Kid A). W pierwszej części recenzji użyłem określeń "rewolucyjny" i "najsłynniejszy w dorobku zespołu" (trochę parafrazuję). To drugie jest oczywiste – żadne wcześniejsze ani późniejsze dokonanie Radiohead nie odniosło tak spektakularnego sukcesu komercyjnego (jeśli chodzi o sukces artystyczny, sprawa już nie jest taka oczywista). Dlaczego to dzieło rewolucyjne? Bo dzięki niemu Radiohead "wnieśli muzykę alternatywną na salony" (to zasłyszane zdanie, które bardzo mi się spodobało), udowodnili całemu światu, że to nie jest hermetyczny, nieprzystępny i odpychający gatunek. Że to nie są dźwięki przeznaczone jedynie dla niezrównoważonych emocjonalnie dziwolągów. Że to jest sztuka wyższa. OK Computer portretuje zespół w chwili, kiedy Radiohead wciąż byli piosenkowi, ale już zakręceni. W końcu nie przez przypadek trzy lata później zespół wydał nie mniej rewolucyjne, całkowicie "odjechane" Kid A. OK Computer był swego rodzaju zalążkiem, nieśmiałą (jeszcze) próbą wplecenia w gitarowe granie eksperymentów brzmieniowych. Taką próbą jest chociażby otwierające całość Airbag. Fantastyczny kolaż brzmieniowy i pierwszy z dwunastu dowodów iście futurystycznej, genialnej produkcji albumu (zasługa Nigela Godricha, nadwornego producenta grupy). Radiohead w fantastyczny sposób czerpią z progresywnych wzorców w stylu Pink Floyd prezentując je w nowej, modernistycznej formie. Następne w kolejności, wieloczęściowe Paranoid Android to absolutna klasyka zespołu, określana często mianem rockowej opery albo suity. Grupa co chwila zmienia nastrój, a to wszystko w niezwykłej oprawie muzycznej. Subterranean Homesick Alien zachwyca swoim rozedrganiem i zabiegami aranżacyjnymi. Jeszcze lepsze wrażenie pozostawia po sobie smutne Exit Music (For A Film) zaczynające się intymną zagrywką gitarową, do której po chwili dołącza przejmujący głos Yorke'a. Jednak w pewnym momencie robi się coraz głośniej, aż w końcu emocje sięgają zenitu. Całości dopełnia mroczna, podniosła partia chóru. Po tej uczcie czas na prawdziwy hymn. Melancholijne, przeszywające na wskroś Let Down to według mnie najwybitniejszy moment krążka. Człowiek jest całkowicie bezradny wobec piękna tej kompozycji. Totalny wyciskacz łez. Jeden z tych utworów, po wysłuchaniu którego wszystko przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko ta piosenka, ta chwila. Świat przestaje istnieć. Karma Police to chyba największy przebój z OK Computer. Wydaje się, że to dość zwyczajna rockowa piosenka uszlachetniona partią fortepianu, jednak znowu emocje biorą górę. A kiedy Thom zaczyna śpiewać I lost myself, już wiadomo, że nie można wygrać z tymi dźwiękami. Fitter Happier, z drugiej strony, to całkowite zaprzeczenie konwencjonalnej piosenki. Na pierwszym planie mechaniczna, beznamiętna wyliczanka, w tle plumkanie pianina. Tylko tyle. Więc dlaczego aż tak mocno angażuje? Po tym krótkim odejściu od rockowej formuły czas na majestatyczny powrót do piosenkowych klimatów. Electioneering. Prawdziwy, szaleńczy rock'n'roll. Gigantyczna moc oddziaływania, porażające gitarowe solo, potęga. Kolejnym mistrzostwem świata jest neurotyczne Climbing Up The Walls, w którym Radiohead eksplorują najbardziej mroczne zakamarki ludzkiej świadomości. Wisielczy nastrój w połączeniu ze zmienionym, elektronicznie, momentami histerycznym głosem Yorke'a po prostu powala. Może nawet sam zespół uznał, że trochę przesadził z ładunkiem paranoi, skoro w następnej kolejności zaserwował stonowane, kołysankowe No Suprises. Potem jednak znowu robi się bardziej tajemniczo, a to za sprawą podniosłego Lucky, którego najlepszą częścią jest refren o kosmicznej sile wyrazu. Zbliżone pod względem estetycznym, zamykające całość The Tourist w znakomity sposób streszcza wszystko, co do tej pory usłyszeliśmy i nie pozostawia wątpliwości co do wielkości jego twórców. To niesamowite, ile emocji kryje w sobie ta płyta. I jak bardzo zmieniła myślenie o współczesnej muzyce. To bezsprzecznie jedno z najważniejszych dokonań w historii rocka, które do dzisiaj inspiruje (i pewnie już zawsze będzie inspirować) rzesze młodych zespołów starających się dorównać czwórce z Oxfordu. Ale niezależnie od tego, jak bardzo by próbowali, są z góry skazani na niepowodzenie. Dlaczego? Włączcie ponownie "play". Wtedy zrozumiecie. Zaiste, kamień milowy w historii muzyki. Ach, ten rok 1997...
|