Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga



Google

strefa-muzyki *STREFA MUZYKI<br>Dobra Muzyka nie uznaje gatunkowych granic - blog4u.pl

STREFA MUZYKI
Dobra Muzyka nie uznaje gatunkowych granic



menu

  1. Strona Główna
  2. Dodaj Strefę Muzyki do Ulubionych

księga gości

  1. Zobacz Księgę Gości
  2. Wpisz się do Księgi Gości

guide

INDEKS WYKONAWCÓW I ALBUMÓW (kliknij w tytuł, aby otworzyć recenzję):

A
...And You Will Know Us By The Trail Of Dead - "Source Tags & Codes"
Amos, Tori - "Scarlet's Walk"
Ashcroft, Richard - "Alone With Everybody"

C
Coldplay - "Parachutes"
Coldplay - "A Rush Of Blood To The Head"
Coldplay - "X&Y"
Coldplay - "Viva La Vida Or Death And All His Friends"
Cool Kids Of Death - "Afterparty"

D
Delphic - "Acolyte"
Depeche Mode - "Songs Of Faith And Devotion"
Depeche Mode - "Sounds Of The Universe"

E
Editors - "The Back Room"
Editors - "In This Light And On This Evening"
Embrace - "The Good Will Out"

G
Gahan, Dave - "Hourglass"
Gawliński, Robert - "Solo"
Gawliński, Robert - "Kalejdoskop"

K
Kent - "Isola"
Kings Of Leon - "Only By The Night"

L
Lekman, Jens - "Night Falls Over Kortedala"
Lenny Valentino - "Uwaga! Jedzie tramwaj"

M
M83 - "Before The Dawn Heals Us"
M83 - "Saturdays=Youth"
Madonna - "Ray Of Light"
Massive Attack - "100th Window"
Massive Attack - Heligoland
Muse - "Absolution"
Music, The - "Strength In Numbers"
Myslovitz - "Miłość w czasach popkultury"
Myslovitz - "Happiness Is Easy"

N
National, The - "High Violet"
No! No! No! - "No! No! No!"

O
Oasis - "(What's The Story) Morning Glory?"
Oasis - "Dig Out Your Soul"
Oldfield, Mike - "Tubular Bells III"

P
Pink Floyd - "Wish You Were Here"
Pink Floyd - "The Division Bell"
Placebo - "Without You I'm Nothing"
Placebo - "Black Market Music"
Placebo - "Sleeping With Ghosts"
Placebo - "Soulmates Never Die - Live In Paris 2003"
Placebo - "Meds"
Placebo - "Battle For The Sun"

Q
Queen - "Innuendo"

R
Radiohead - OK Computer
Radiohead - "Kid A"
Radiohead - "Amnesiac"
Radiohead - "In Rainbows"
Rozynek, Marcin - "Następny będziesz ty"

S
Smashing Pumpkins, The - "Adore"
Smashing Pumpkins, The - "Machina/The Machines Of God"
Smashing Pumpkins, The - "Zeitgeist"
Stone Roses, The - "The Stone Roses"
Sublim - "Summerends"
Suede - "Suede"

U
U2 - "The Joshua Tree"
U2 - "Achtung Baby"
U2 - "No Line On The Horizon"

V
Verve, The - "A Storm In Heaven"
Verve, The - "A Northern Soul"
Verve, The - "Urban Hymns"
Verve, The - "Forth"

W
Wilki - "Wilki"
Wilki - "Przedmieścia"

Z
Ziyo - "Ziyo"


INDEKS STARTERÓW (kliknij, aby otworzyć):

PLACEBO
WILKI


SKALA OCEN:

1 - beznadziejne
1,5 - bardzo słabe
2 - słabe
2,5 - średnie
3 - niezłe
3,5 - dobre
4 - bardzo dobre
4,5 - rewelacyjne
5 - wybitne


CZYM SIĘ ZAJMUJEMY?

Ogólnie: Gud Mjuzik.

Szczegółowo: Szeroko pojętym rockiem i mnóstwem innych gatunków wywodzących się z niego, czyli między innymi alternatywą, post rockiem i tak zwanym indie, a poza tym elektroniką, ambientem, chilloutem i tym, co można określić mianem "ambitnego popu".

Bzdura, Dobra Muzyka nie uznaje gatunkowych granic.

Po prostu spójrzcie na tytuły albumów, o których piszemy.

To powie Wam więcej, niż jakieś tam szufladkowanie.

Tym się zajmujemy.


WSPÓŁPRACOWNICY:

PATELKA
ulubieni wykonawcy:
Mando Diao, My Chemical Romance, Against Me!, Spoon, The Libertines, Koniec Świata, Kings Of Leon, Muse, Me First And The Gimme Gimmes

MICHCIK
ulubieni wykonawcy:
The Verve, Pink Floyd, Placebo, Mike Oldfield, Depeche Mode, Sigur Rós, U2, Myslovitz, Tori Amos, Robert Gawliński, Radiohead, Smashing Pumpkins, M83, Coldplay

avatar

archiwum

    2010
    czerwiec
    maj
    kwiecień
    marzec
    styczeń
    2009
    grudzień
    listopad
    sierpień
    czerwiec
    maj
    kwiecień
    marzec
    2008
    wrzesień
    sierpień
    czerwiec
    maj
    kwiecień
    marzec
    luty
    styczeń

polecane linki

    terazrock.pl
    screenagers.pl
    porcys.com
    www.pitchfork.com
    metacritic.com/music
    newalbumreleases.net
    nowamuzyka.pl
    marazz.com

ulubieni

licznik odwiedzin

Strona została wyświetlona 28232 razy

Alternatywny pop


No! No! No!

No! No! No!
2010
PJ; Polska szkoła dokumentu; Doskonały pomysł; Świat według bestsellera; Wyjątek od rozsądku; Jak czujesz się z tym?; Nie nadaję się do cyrku; Test Voight-Kampffa; Inaczej niż w raju; Zabrakło prostych słów

ocena: 3,5

Myszor, Powaga, Makowiecki – te nazwiska mówią same za siebie. Dwaj pierwsi to członkowie Myslovitz, najważniejszego (nie bójmy się użyć tego słowa) polskiego zespołu rockowego. Ten ostatni to uczestnik pierwszej edycji polskiego Idola, obdarzony charakterystyczną, ciepłą barwą głosu. Wydaje się, że muzyczne więcej ich dzieli, niż łączy, dlatego informacja o założeniu tego nietypowego zespołu mogła zdziwić. Mnie osobiście jednak zelektryzowała. Byłem zaintrygowany kierunkiem, w jakim podąży ta trójka utalentowanych muzyków. Efekt jest niezwykle zadowalający, ale i dość zaskakujący.
Współpraca zaowocowała czymś, co można określić mianem alternatywnego popu. Z jednej strony, No! No! No! stawiają na przebojowe melodie i nośne refreny, ale również okraszają je eksperymentami brzmieniowymi, takimi, jak elektronika, czy nagłe, niespodziewane gitarowe eksplozje, które nadają kompozycjom ambitnego wymiaru. Wbrew pozorom, nie wyszła z tego fuzja stylów Myslovitz i Makowieckiego, ale zupełnie nowa jakość. Nie można tu mówić o żadnym artystycznym przełomie, bo wiele zachodnich kapel gra w bardzo podobny sposób, jednak jest to muzyka niezwykle stylowa i pomysłowa. Otwierający całość PJ urzeka kunsztowną partią fortepianu, przeplataną przesterowanymi partiami gitar i tęsknym klimatem, w który wspaniale wpisuje się głos Makowieckiego (chyba nie mieliście wątpliwości, kto stanie za mikrofonem). Polska szkoła dokumentu, nawiązująca nieco do Radiohead, o tajemniczym nastroju i porażającej gitarowej eksplozji, która za każdym razem wbija w fotel, to jeszcze lepszy dowód niezwykłych zdolności kompozytorskich naszej trójki. Nie zabrakło również jednoznacznie popowego akcentu w postaci Doskonałego pomysłu. Nieco banalnie, ale zarazem przebojowo, pozytywnie i co najważniejsze - przekonująco. Nie ma mowy o żadnym pójściu w komerchę. Dziwacznie natomiast wyszło połączenie luźnego, wesołego Jak czujesz się z tym? z hałaśliwym, zupełnie niekomercyjnym Nie nadaję się do cyrku okraszonym wypowiedziami muzyków zespołu. Różnorodność stylistyczna jest potrzebna, ale w tym przypadku mamy do czynienia z artystycznym niezdecydowaniem. Na szczęście ten drobny zgrzyt (nie związany jednak z poziomem kompozycji) zostaje wynagrodzony, i to z nawiązką, dzięki zakończeniu debiutanckiego krążka No! No! No!, na który składa się alternatywny Test Voight-Kampffa, urokliwe, nieco (ale tylko nieco) coldplayowe Inaczej niż w raju i stonowane Zabrakło prostych słów. Jedną z perełek albumu jest również Wyjątek od rozsądku z doskonałymi elektronicznymi smaczkami.
Trzeba przyznać, że No! No! No! to kawał porządnego, na dodatek starannie wyprodukowanego, alternatywno-popowego grania. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby Myszor, Powaga i Makowiecki nie poprzestali jedynie na tej jednej płycie, bo w Polsce brakuje inteligentnej, wysmakowanej muzyki.


Głosuj (0)
MICHCIK 23/06/2010 15:40:42 [komentarzy 0] Wyraź opinię

Muzyka z duszą


The National

High Violet
2010
Terrible Love; Sorrow; Anyone’s Ghost; Little Faith; Afraid Of Everyone; Bloodbuzz Ohio; Lemonworld; Ruaway; Conversation 16; England; Vanderlyle Crybaby Geeks

ocena: 4,5

Gdybyście zapytali mnie o The National kilka miesięcy wcześniej, pewnie powiedziałbym, że to dobry zespół, po prostu. Dobry, ale nic ponad to. Wraz z wydaniem High Violet moje podejście do twórczości tego zespołu zyskuje całkowicie nowy wymiar.
High Violet zachwyciło mnie od pierwszej chwili. Dawno nie miałem przyjemności usłyszeć tak lirycznych, wzruszających, romantycznych, po prostu pięknych, chwytających za serce, kompozycji. To, co piątka z Brooklynu dokonała na nowym krążku, zasługuje na najwyższe pochwały. To już nie są tylko piosenki, to hymny.
Doprawdy, trudno się nie wzruszyć i nie przeżyć chwil uniesienia słuchając tych cudownych (bez wyjątku) jedenastu kompozycji. Niezwykłe jest to, że The National osiągnęli ten efekt bez żadnych elektronicznych bajerów i studyjnych sztuczek, które często mają za zadanie nie ubarwić utwory, tylko zamaskować ich mierność. High Violet to zbiór PRAWDZIWYCH piosenek i gloryfikacja gitary jako instrumentu z prawdziwą duszą, który najpełniej potrafi wyrazić najgłębsze emocje. Może jedynie otwierające całość Terrible Love zaskakuje złożonymi rozwiązaniami aranżacyjnymi i eksperymentami brzmieniowymi, ale co to za utwór! Wielki, podniosły, obezwładniający. Zaczyna się niepozornie, jednak z sekundy na sekundy nabiera mocy i wzbudza szczery zachwyt a ekspresyjna gra sekcji rytmicznej i potęga oddziaływania finału to rozwiązania godne największych. Jednak klimat albumu wyznacza pierwszy singiel (perfekcyjny wybór!), Bloodbuzz Ohio. Kto nie uroni chociażby jednej łzy, może uchodzić za człowieka wypranego ze wszelkiej wrażliwości. Czyste, niczym nieskażone piękno i totalna magia. Ale czy nie tak samo możemy określić kompozycji takich, jak gęste Sorrow, tajemnicze Afraid Of Everyone, nawiązujące do U2 Lemonworld czy przestrzenne, okraszone cudnymi chórkami Conversation 16? Czy reszta piosenek odstaje od tych wyżej wymienionych? Jak bardzo byśmy się nie starali, nie znajdziemy na High Violet żadnego chybionego dźwięku. Mimo, że nastrój całego albumu jest niezwykle refleksyjny i stonowany, nie można mówić ani o chwili znużenia. To iście tęskna, sentymentalna wyprawa w głąb ludzkiej wrażliwości. Bo właśnie wrażliwość to słowo-klucz w przypadku tego zniewalającego dzieła.
Dlaczego "tylko" 4,5, a nie 5, pytacie? Szczerze mówiąc, cały czas się waham. Ale z racji tego, że piątka należy się dziełom skończenie doskonałym, jednak się wstrzymam. Zresztą, czy to ważne? Liczy się coś innego – że mamy zaszczyt słuchać jednej z najwspanialszych płyt ostatnich kilku lat.
Witamy w ekstraklasie, Panowie.


Głosuj (0)
MICHCIK 15/06/2010 11:00:57 [komentarzy 2] Wyraź opinię

Światło i mrok


Editors

The Back Room
2005
Lights; Munich; Blood; Fall; All Sparks; Camera; Fingers In The Factories; Bullets; Someone Says; Open Your Arms; Distance

ocena: 4,5

Przeczytałem kiedyś w "Teraz Rocku", że Editors to bardziej przyjazna światu wersja Interpolu. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Z jednej strony, obie kapele są do siebie zbliżone estetycznie, a wokaliści Paul Banks i Tom Smith dysponują łudząco podobnymi barwami głosu, jednak muzyka Editors ma w sobie więcej światła, nie jest tak mroczna, melancholijna, odpychająca i zimna, jak ta, którą proponują ich koledzy z Nowego Jorku. No tak, zapomniałem o jeszcze jednym podobieństwie – wspaniałe debiutanckie albumy.
Zaznaczam od razu – The Back Room nie odznacza się wielkością formatu Turn On The Bright Lights. Jednak nie przeszkadza to jej w byciu fantastyczną, bardzo dojrzałą, zważając na ówczesny staż zespołu, i rozrywkową jednocześnie, płytą. Editors w mistrzowski sposób połączyli taneczną werwę i nośne melodie z alternatywną stylistyką i (nieznaczną) dawką mroku. Efekt jest iście piorunujący.
Początek The Back Room po prostu powala. Lights, Munich i Blood to prawdziwe killery, porażające słuchacza swoją mocą i porywające na parkiet. Szczególnie zachwyca Lights, będące najkrótszą kompozycją w zestawie, wypełnioną po brzegi kosmicznym ładunkiem emocjonalnym i stanowiącą zarazem cudowny hołd dla Joy Division (chyba nikt nie będzie zaskoczony faktem, że grupa Iana Curtisa to jedna z najważniejszych inspiracji zespołu). Mimo, że nastrój utworu jest dość niepokojący, mamy wrażenie, że Editors nie są czterema smutasami o grobowych minach. I zaiste, Munich i Blood udowadniają, że Smith i spółka zamiast stawiać jedynie na mrok, stawiają również na parkietowe wymiatacze i dawkę pozytywnej energii. Ta swoista dwoistość muzyki Editors jest niezwykle wciągająca i intrygująca. Zestawcie wspomniane Munich z Fall. Jak różna estetyka, jak różny nastrój! Jednak nie można mówić o jakimkolwiek zgrzycie, jeśli chodzi o spójność, bo mimo odmiennych rodzajów emocji, w gruncie rzeczy wszystkie utwory Editors są do siebie zbliżone ze względu na brzmienie i linie melodyczne. To w zasadzie mój jedyny zarzut wobec The Back Room. Kiedy słucham (notabene rewelacyjnego) Fingers In The Factories, wydaje mi się, że za chwilę będzie refren z Blood. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że The Back Room było ich debiutem, Editors mogą czuć się usprawiedliwieni. Tym bardziej, że na albumie nie ma praktycznie ani jednego chybionego kawałka (może oprócz dość błahego Bullets, odstającego estetycznie od reszty). Czy słuchamy stonowanej ballady, takiej jak Camera, czy energicznego Someone Says, nie ma mowy o chwili znużenia. A zwieńczenie albumu, czyli liryczne, niezwykle eteryczne, wręcz natchnione Distance z delikatną interpretacją wokalną Smitha, to prawdziwa bajka! Jeśli Editors chcieli w ten sposób przekonać o swoich niezwykłych zdolnościach tych najbardziej opornych , udało im się to w stu procentach.
Reasumując, The Back Room to jeden z najwspanialszych albumów, jakie przyniosła nam tak zwana rockowa rewolucja. Na szczęście Editors, w odróżnieniu od większości innych zespołów z tamtego efemerycznego nurtu, nie wypalili się po debiucie i do dziś udowadniają, że wciąż mają sporo dobrych pomysłów (chociaż poziomu recenzowanego krążka nie utrzymali). Miejmy nadzieję, że tak już zostanie.


MICHCIK 4/06/2010 08:59:38 [komentarzy 0] Wyraź opinię

W cieniu dawnych arcydzieł


Massive Attack

Heligoland
2010
Pray for Rain; Babel; Splitting The Atom; Girl I Love You; Psyche; Flat of the Blade; Paradise Circus; Rush Minute; Saturday Come Slow; Atlas Air

ocena: 2

Massive Attack kazali na siebie czekać zdecydowanie zbyt długo. Aż 7 lat minęło od wydania cudownego, moim zdaniem, 100th Window. Powrót po takiej przerwie nie należy chyba do najłatwiejszych. Po pierwsze – wyjście z wprawy. Może się mylę, ale wydaje mi się, że artyści, którzy wydają płyty regularnie, są mniej podatni na stworzenie jakiegoś gniota z racji tego, że są "na bieżąco" – wydają płytę, promują ją jadąc w trasę, podczas której piszą kawałki na nową płytę, itd. Po drugie – wymagania. Co jak co, ale po 7 latach przerwy słuchacze mają prawo oczekiwać czegoś dobrego. W końcu nie można powiedzieć, że Robert Del Naja i Grant Marshall nie mieli czasu na komponowanie i dopieszczanie kawałków. Jednak trzeba otwarcie powiedzieć, że nie wykorzystali tego przywileju w zadowalającym stopniu.
Heligoland to słaby album. Rzeczą, która uderza najbardziej, już przy pierwszym przesłuchaniu, to brak głębszych emocji, które towarzyszyły wcześniejszym dokonaniom Massive Attack. Nowe utwory są nudne i praktycznie całkowicie wyjałowione z zamysłu artystycznego. Przed wydaniem albumu miałem okazję posłuchać Splitting The Atom z EPki o tym samym tytule. Kompozycja ani trochę mnie nie zachwyciła i zupełnie nie spodobało mi się to, że zespół zdecydował się na umieszczenie jej na Heligoland. Jednak najgorsze jest to, że w porównaniu z innymi kawałkami, Splitting The Atom i tak wyróżnia się na plus. Można było mieć nadzieję, że chociaż wstęp da radę, w końcu Massive Attack zawsze mieli świetne otwieracze. Ale nic z tego. Pray For Rain jest do bólu zwyczajne i nawet dość ciekawe narastanie brzmieniowe niewiele daje. Jednym słowem – wieje nudą. Nawet produkcja, która według mnie jest zbyt płaska i archaiczna, nie zdaje egzaminu. Tych udanych momentów jest tutaj jak na lekarstwo. Ciekawie wypada kolaboracja z Damonem Albarnem z Blur nosząca nazwę Saturday Come Slow. Przynajmniej jakiś emocjonalny (aczkolwiek w niewielkim stopniu) refren się trafił. Zamykające całość Atlas Air, mocno osadzone w stylu grupy, też wypada nieźle, pomimo swojej długości (przy pierwszym przesłuchaniu myślałem że skoro krótsze utwory przynudzają, to co dopiero najdłuższy). Jednak najjaśniejszym momentem płyty jest mroczne Girl I Love You z pulsującym rytmem, charakterystyczną dla zespołu linią basu i przede wszystkim dobrą melodią. Chyba jedyne dokonanie mogące konkurować z dawnymi klasykami. Reszta kawałków nie zasługuje na wzmiankę. Doprawdy, nie wiem co to ma być. Co gorsza, boję się, że nawet sam zespół tego nie wie.
Najsmutniejsze jest to, że po przesłuchaniu Heligoland, praktycznie nic nie zostaje w głowie. Dziwię się, jak to się mogło stać, że tak twórczy i oryginalny zespół stworzył tak mało wyrazisty, zupełnie (oprócz kilku wyjątków, o których pisałem wcześniej) pozbawiony emocji zestaw. Ale nie napiszę, że jestem szczególnie rozczarowany, bo też nie spodziewałem się niczego specjalnego. Czasami przeczucia się sprawdzają. Szkoda tylko, że akurat w takich przypadkach.
Jeśli macie jeszcze jakiekolwiek wątpliwości co do mierności Heligoland, spójrzcie na okładkę i porównajcie ją z obrazami zdobiącymi Mezzanine czy 100th Window. W ogóle, lepiej przestańcie tego słuchać i zapuście sobie tamte arcydzieła.


MICHCIK 15/05/2010 18:02:15 [komentarzy 2] Wyraź opinię

Kamień milowy


Radiohead

OK Computer
1997
Airbag; Paranoid Android; Subterranean Homesick Alien; Exit Music (For A Film); Let Down; Karma Police; Fitter Happier; Electioneering; Climbing Up The Walls; No Surprises; Lucky; The Tourist

ocena: 5

Co? OK Computer? Dajcie spokój, 5 gwiazdek. To wszystko, dziękujemy. Ocenianie rewolucyjnego, najsłynniejszego albumu Radiogłowych najczęściej odbywa się w mniej więcej taki sposób. Przyznam szczerze, że przez długi okres życia u mnie nie wyglądało to tak jednoznacznie. Zawsze lubiłem tę płytę, ale... Właśnie - zawsze było jakieś "ale". Należę do tej frakcji fanów Radiohead, która największym uwielbieniem darzy Kid A. Myślę, że w tej kwestii już się nie zmienię. Jednak przez lata słuchania i odkrywania nowych brzmień, co jakiś czas powracałem do OK Computer. I w końcu, pewnego dnia, powiedziałem: tak, to istne arcydzieło.
Nie myślcie sobie, że pokochałem ten album, bo uznałem, że MUSZĘ to zrobić, bo w innym wypadku będę nienormalny, skoro praktycznie wszyscy uważają trzeci krążek w dorobku Yorke'a i spółki jako kamień milowy w historii muzyki. Po zapoznaniu się z niektórymi moimi recenzjami powinniście wiedzieć, że często jestem przekorny, jeśli chodzi o odbiór muzyki, a w szczególności w kwestii dokonań uznawanych za wybitne. Jednak w przypadku OK Computer zadecydowały... piosenki. Bo one są naprawdę piękne. Bez wyjątku. Bez żadnego "ale". Widocznie do tej płyty trzeba dojrzeć (dziwne, bo zawsze myślałem w ten sposób o wspomnianym Kid A).
W pierwszej części recenzji użyłem określeń "rewolucyjny" i "najsłynniejszy w dorobku zespołu" (trochę parafrazuję). To drugie jest oczywiste – żadne wcześniejsze ani późniejsze dokonanie Radiohead nie odniosło tak spektakularnego sukcesu komercyjnego (jeśli chodzi o sukces artystyczny, sprawa już nie jest taka oczywista). Dlaczego to dzieło rewolucyjne? Bo dzięki niemu Radiohead "wnieśli muzykę alternatywną na salony" (to zasłyszane zdanie, które bardzo mi się spodobało), udowodnili całemu światu, że to nie jest hermetyczny, nieprzystępny i odpychający gatunek. Że to nie są dźwięki przeznaczone jedynie dla niezrównoważonych emocjonalnie dziwolągów. Że to jest sztuka wyższa.
OK Computer portretuje zespół w chwili, kiedy Radiohead wciąż byli piosenkowi, ale już zakręceni. W końcu nie przez przypadek trzy lata później zespół wydał nie mniej rewolucyjne, całkowicie "odjechane" Kid A. OK Computer był swego rodzaju zalążkiem, nieśmiałą (jeszcze) próbą wplecenia w gitarowe granie eksperymentów brzmieniowych. Taką próbą jest chociażby otwierające całość Airbag. Fantastyczny kolaż brzmieniowy i pierwszy z dwunastu dowodów iście futurystycznej, genialnej produkcji albumu (zasługa Nigela Godricha, nadwornego producenta grupy). Radiohead w fantastyczny sposób czerpią z progresywnych wzorców w stylu Pink Floyd prezentując je w nowej, modernistycznej formie. Następne w kolejności, wieloczęściowe Paranoid Android to absolutna klasyka zespołu, określana często mianem rockowej opery albo suity. Grupa co chwila zmienia nastrój, a to wszystko w niezwykłej oprawie muzycznej. Subterranean Homesick Alien zachwyca swoim rozedrganiem i zabiegami aranżacyjnymi. Jeszcze lepsze wrażenie pozostawia po sobie smutne Exit Music (For A Film) zaczynające się intymną zagrywką gitarową, do której po chwili dołącza przejmujący głos Yorke'a. Jednak w pewnym momencie robi się coraz głośniej, aż w końcu emocje sięgają zenitu. Całości dopełnia mroczna, podniosła partia chóru. Po tej uczcie czas na prawdziwy hymn. Melancholijne, przeszywające na wskroś Let Down to według mnie najwybitniejszy moment krążka. Człowiek jest całkowicie bezradny wobec piękna tej kompozycji. Totalny wyciskacz łez. Jeden z tych utworów, po wysłuchaniu którego wszystko przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko ta piosenka, ta chwila. Świat przestaje istnieć. Karma Police to chyba największy przebój z OK Computer. Wydaje się, że to dość zwyczajna rockowa piosenka uszlachetniona partią fortepianu, jednak znowu emocje biorą górę. A kiedy Thom zaczyna śpiewać I lost myself, już wiadomo, że nie można wygrać z tymi dźwiękami. Fitter Happier, z drugiej strony, to całkowite zaprzeczenie konwencjonalnej piosenki. Na pierwszym planie mechaniczna, beznamiętna wyliczanka, w tle plumkanie pianina. Tylko tyle. Więc dlaczego aż tak mocno angażuje? Po tym krótkim odejściu od rockowej formuły czas na majestatyczny powrót do piosenkowych klimatów. Electioneering. Prawdziwy, szaleńczy rock'n'roll. Gigantyczna moc oddziaływania, porażające gitarowe solo, potęga. Kolejnym mistrzostwem świata jest neurotyczne Climbing Up The Walls, w którym Radiohead eksplorują najbardziej mroczne zakamarki ludzkiej świadomości. Wisielczy nastrój w połączeniu ze zmienionym, elektronicznie, momentami histerycznym głosem Yorke'a po prostu powala. Może nawet sam zespół uznał, że trochę przesadził z ładunkiem paranoi, skoro w następnej kolejności zaserwował stonowane, kołysankowe No Suprises. Potem jednak znowu robi się bardziej tajemniczo, a to za sprawą podniosłego Lucky, którego najlepszą częścią jest refren o kosmicznej sile wyrazu. Zbliżone pod względem estetycznym, zamykające całość The Tourist w znakomity sposób streszcza wszystko, co do tej pory usłyszeliśmy i nie pozostawia wątpliwości co do wielkości jego twórców.
To niesamowite, ile emocji kryje w sobie ta płyta. I jak bardzo zmieniła myślenie o współczesnej muzyce. To bezsprzecznie jedno z najważniejszych dokonań w historii rocka, które do dzisiaj inspiruje (i pewnie już zawsze będzie inspirować) rzesze młodych zespołów starających się dorównać czwórce z Oxfordu. Ale niezależnie od tego, jak bardzo by próbowali, są z góry skazani na niepowodzenie. Dlaczego? Włączcie ponownie "play". Wtedy zrozumiecie.
Zaiste, kamień milowy w historii muzyki. Ach, ten rok 1997...


MICHCIK 15/05/2010 17:42:09 [komentarzy 0] Wyraź opinię

Starter: Wilki


Eroll
(z albumu Wilki, 1992)
Mistycyzm, szamański klimat, nieskrępowane emocje – artystyczne apogeum Wilków. Utwór nie tylko wspaniale zapowiadający debiutancki krążek, ale i najlepiej streszczający jego zawartość.

Nic zamieszkują demony (Wilki)
Wszechogarniający mrok i rockowa potęga w połączeniu z przeszywającą partią organów dodającą dramaturgii. A ekspresyjna, szaleńcza wręcz wokaliza Gawlińskiego za każdym razem przyprawia o ciarki.

Son Of The Blue Sky (Wilki)
Czy komuś trzeba przedstawiać największy polski przebój (w najlepszym tego słowa znaczeniu) zaśpiewany po angielsku? Klasyka i tyle.

Eli lama sabachtani (Wilki)
Jedna z najpiękniejszych polskich piosenek o miłości, w której wszystko układa się w nierozerwalną, zachwycającą całość. A linijka Z Tobą odeszły Anioły na zawsze pozostanie w pamięci.

Uayo (Wilki)
Tak oto wieńczą swoje dzieła największe zespoły świata. Polecam szczególnie w połączeniu z eteryczną, minutową miniaturką, której bazę stanowi sampel z Eli lama sabachtani.

Nie zabiję nocy (Przedmieścia, 1993)
Piosenka, która pogrzebała nadzieje na wskrzeszenie klimatu debiutu. Zamiast szamanizmu – klasyczne, rockowe granie, w tym przypadku uszlachetnione partią fortepianu. Jeśli już rozczarowywać, to w taki sposób.

Moja "Baby" (Przedmieścia)
Wyznacznik tego, czym powinna być rasowa, rockowa ballada. Świetny riff, powalająca solówka i intrygujący tekst zaowocowały jedną z najbardziej lubianych przez fanów piosenek zespołu.

Hiszpan (Przedmieścia)
Dla wszystkich niedowiarków, którzy uważają, że Wilki nie potrafią zagrać czadowo. Hiszpańskie klimaty dodają piosence wyjątkowości.

Ballada Emanuel (Przedmieścia)
Mylący, niezwykle ostry początek, a potem... akustyczna uczta z fantastyczną melodią i idealnie wpisującym się w klimat zadumy wokalem Roberta. Najlepszy moment Przedmieść.

A moje bóstwa płaczą (Acousticus Rockus, 1994)
Dowód, że Wilki nie zgubiły swojej tajemniczej aury, tylko po prostu ją ukryły. Nie pogardziłbym, gdyby zamiast Acousticus Rockus zespół nagrał regularny album studyjny w podobnym klimacie.

Śpij mój śnie (Acousticus Rockus)
Klasyczna miłosna ballada, która dosłownie chwyta za serce. Poniekąd zapowiedź tego, co Robert będzie grał na solowych albumach.

Cień w dolinie mgieł (Acousticus Rockus)
Wersja studyjna urzekała, jednak na żywo Wilki zrobiły z tego kawałka istny majstersztyk o powalającym ładunku emocjonalnym. Najlepszy przykład, że inna aranżacja czasami czyni cuda.

Urke (4, 2002)
Cóż, reaktywacja (pod względem artystycznym) nie wyszła aż tak dobrze, ale Urke jest fantastycznym dowodem, że Gawliński i spółka nie stracili daru do pisania po prostu dobrych piosenek. Na dodatek wyborny singiel.

Here I Am (4 - reedycja, 2003)
Próba zmierzenia się z Son Of The Blue Sky? Jeśli tak, to jak najbardziej udana. I nawet nie mam pretensji do zespołu, że nagrali to z myślą o Eurowizji. Urzekająca melodia i kunszt aranżacyjny rekompensują wszystko.

Atlantyda łez (Watra, 2004)
Utwór oparty na zasadzie stonowana, refleksyjna zwrotka i mocny, ekspresyjny refren. Do tego jeszcze ciekawy tekst Gawła plus krótka, wyrazista solówka i mamy przebój.

Słońce pokonał cień (Watra)
Co tu dużo mówić, najlepszy i zdecydowanie najbardziej "wilczy" numer po reaktywacji. A w połączeniu ze znakomitym, refleksyjnym tekstem – istne arcydzieło. Panie Robercie, może na następnym albumie coś w tym stylu, zamiast kolejnych Basiek, Bohem i Na zawsze i na wieczność?

MICHCIK


Głosuj (0)
5/05/2010 17:23:16 [komentarzy 0] Wyraź opinię

Znowu na właściwym torze


Robert Gawliński

Kalejdoskop
2010
Grey; Grey (coda); Porywisty wiatr; Tuareg; W cieniu ciszy; Natura zła; Kalejdoskop bardo; Anioł Miriam; Basquiat; Księga zdarzeń; Grzesznicy; Grzesznicy (coda)

ocena: 3,5

Cieszę się, że Robert Gawliński zdecydował się ponowić solową działalność. Tym bardziej, że ostatni album Wilków, Obrazki, był świadectwem muzycznego banału i szczerze mówiąc miałem serdecznie dosyć tego zespołu. Możecie się zdziwić, że poczułem tak dopiero przy okazji Obrazków, a nie wcześniej, ale mimo wszystko, 4 i Watra były niezłymi albumami. Co prawda komercyjnymi jak diabli, ale przyzwoitymi. Jednak przez cały czas po cichu liczyłem na powrót solowego Gawła. Bo Gawliński solo to inna sprawa. Wydaje się, że Robert bez macierzystego zespołu nie odczuwa komercyjnej presji, po prostu tworzy to, co mu w duszy gra, bez względu na to, czy rozgłośnie radiowe to kupią, czy nie. Rzecz jasna, rozgłośnie lubią Gawlińskiego także w wydaniu solo, bo w gruncie rzeczy to klimaty zbliżone do Wilków. Solo, Kwiaty jak relikwie, X i Gra udowodniły, że Gaweł bez zespołu jest nawet lepszy, a na pewno równiejszy i spójniejszy (nie było miejsca na kontrast stylistyczny i artystyczny pomiędzy debiutem Wilków, a Przedmieściami). Ale dość tego przydługiego wstępu. Jak jest tym razem?
Z ulgą donoszę, że jest nieźle. Co prawda cały czas forma nie ta, co w latach 90, ale do tego już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Najważniejsze, że jest o niebo lepiej, niż na ostatnim krążku z Wilkami. Bardziej urokliwie, dojrzalej, ciekawiej tekstowo, ambitniej. Rzeczą, która przykuwa uwagę od samego początku, to wysmakowane aranżacje i fantastyczna produkcja. Słowem, klasa światowa. A sama muzyka? W większości stonowana, refleksyjna. Tylko momentami Robert pozwala sobie na mocniejszy akcent brzmieniowy. Jeśli chodzi o instrumentarium, główną rolę odgrywa gitara akustyczna, do której czasami dołącza elektronika, a nawet sekcja smyczkowa uszlachetniająca kompozycje. Otwierający całość Grey z linijką Dokąd zmierzamy, bracie?, nawiązującą do tytułu wiadomego utworu z Solo, ma w sobie dużo lekkości, uroku i charakterystycznego, "gawlińskiego" klimatu. Jednak kawałek ten został skontrastowany przez instrumentalną codę o zaskakującym ładunku emocjonalnym, jednostajnym rytmie i obezwładniającej, gitarowej ścianie dźwięku (aczkolwiek końcówka jest już akustyczna). Nie spodziewałem się po Robercie takiego hałasu. Następny w kolejności Porywisty wiatr również wciąga, przede wszystkim ze względu na świetną melodię i przekonujące wzmocnienie na wysokości refrenu. Czuć pasję z lat 90. Tuareg przynosi nieco orientalny klimat za sprawą charakterystycznych partii smyczków, które zostały jednak zestawione z elektryczną zagrywką. Natomiast W cieniu ciszy urzeka delikatnością, podkreśloną błogim refrenem, ze znakomitą akustyczną partią gitary. Kilka następnych kompozycji nieco odstaje poziomem od poprzedników, jednak doskonale wpisuje się w zadumany klimat całości (warto zwrócić uwagę na nieco dancingowe Anioł Miriam). Basquiat to jedyny utwór zaśpiewany po angielsku, co niestety nie wyszło na korzyść, bo wymowa Roberta pozostawia sporo do życzenia (dziwne, bo Son Of The Blue Sky i inne anglojęzyczne piosenki Gaweł śpiewał bez większych zarzutów). Jednak sama kompozycja odznacza się wielkim kunsztem i zasługuje na pochwałę, tak jak i Grzesznicy, które zostało wytypowane na pierwszy singiel. Wybór jak najbardziej słuszny, bo to najbardziej przebojowy moment tego, w gruncie rzeczy najmniej nośnego w karierze Roberta, albumu. Kompozycją wieńczącą Kalejdoskop jest kolejna instrumentalna coda, jeszcze bardziej zaskakująca, niż pierwsza, a to z kilku względów. Jednym z nich jest fakt, że utwór ten trwa 12 minut! To czyni z niego najdłuższy kawałek w całej historii Gawlińskiego i Wilków. Jednak najbardziej zdumiewająca jest sama muzyka, którą można określić mianem.. psychodelii zmieszanej z post-rockiem. Nigdy, może poza Kocham niewinność, nie słyszeliśmy u Roberta takich dźwięków. Nasuwają mi się skojarzenia z The Verve i improwizacjami Myslovitz, a nawet Explosions In The Sky. Efekt? Naprawdę imponujący, a biorąc pod uwagę resztę Kalejdoskopu i w ogóle całą twórczość Gawlińskiego, można mówić o przełomie. Wspominałem coś o obezwładniającej, gitarowej ścianie dźwięku? Tutaj mamy ją w wersji deluxe. Najważniejsze, że to nie tylko intrygujący eksperyment, ale również, a raczej przede wszystkim, hipnotyzująca muzyczna uczta. Nie boję się użyć słów: wielki finał. Nie pogardziłbym, gdyby Robert poszedł w podobnym kierunku.
Podsumowując, najnowsze dzieło Gawlińskiego to kawał porządnego, w większości spokojnego, gitarowego grania. Mimo, że Robert w wielu miejscach sięga po znane, charakterystyczne dla siebie patenty, potrafi również bardzo zaskoczyć, i to na plus. Warto było czekać te 11 lat na ponowienie kariery solowej.

MICHCIK


Głosuj (0)
24/04/2010 23:03:44 [komentarzy 0] Wyraź opinię

Dojrzałość i klasa


Sublim
Summerends
2010
Anytime You Fall; Na dwa; Scalić nas; The Blue Sky; Czy zostanie coś z nas; Jeśli przyjdziesz; Here Is Your Love; Lies; Can You Feel Love; What If We Could Change This World; Nie będzie więcej tak

ocena: 4

Skłamałbym, gdybym napisał, że jedynie patriotyzm lokalny skłonił mnie do sięgnięcia po debiutancki krążek Sublim. Oczywiście fakt, że chłopaki pochodzą z Żywca niezmiernie mnie cieszy, jednak najważniejsza, jak zawsze, jest muzyka. A pokładałem w niej spore nadzieje. Okazało się, że jest lepiej, niż można było przypuszczać.
Sublim nie jest zespołem odkrywczym. Jednak ani trochę nie przeszkadza to w odbiorze ich twórczości. W końcu nawet Polska powinna mieć swoich Coldplay. Bądźmy szczerzy, wpływy kapeli Chrisa Martina są w piosenkach Sublim wszechobecne. Delikatny, często przechodzący w falset śpiew Wojtka Wiśniewskiego, klimatyczne, w większości oparte na partiach klawiszy kompozycje, przestrzenne brzmienie gitar... Do ewentualnych nawiązań dorzuciłbym jeszcze nasze Myslovitz, a nawet Hatifnats (zbliżony rodzaj wrażliwości i emocjonalności). Tyle o podobieństwach do innych kapel, skupmy się na autorskim materiale.
Całość zaczyna się od eterycznego, tajemniczego Anytime You Fall z fantastycznym refrenem okraszonym kunsztowną partią smyków. Warto odnotować, że Wojtek Wiśniewski jawi się w tej kompozycji jako zdolny wokalista (co potwierdza przez cały album), głosowo balansujący między Chrisem Martinem a Arturem Rojkiem ze wspomnianych grup. Świetny początek, szkoda tylko, że nie bardzo nadający się na rozpoczęcie płyty. Linia melodyczna wchodzi zbyt szybko, nie ma czasu na budowanie napięcia i dramaturgii. Ale nie ma sensu rozwodzić się nad tą kwestią, tym bardziej, że następne w kolejności Na dwa również posiada w sobie sporo uroku, a także swobody i lekkości. Na uwagę zasługuje również tekst ze świetną linijką Entropia myśli twych niebezpiecznie dzieli nas. Brawa za niebanalność. Singlowe Scalić nas to wyraźna próba stworzenia miłosnej ballady, którą polubiłyby rozgłośnie radiowe. I w pełni się udało! Może nieco bardziej cukierkowo, niż w innych nagraniach, jednak z klasą. A wzmocnienie na wysokości refrenu zasługuje na podziw. Coldplay na pewno nie powstydziliby się takiego numeru. Tak samo, jak The Blue Sky, zbliżonego klimatycznie do The Scientist. Połączenie partii fortepianu i głosu Wojtka wypadło wprost fantastycznie. Czy zostanie coś z nas to nieco szybszy i mocniejszy brzmieniowo moment Summerends. To jeden z najbardziej emocjonalnych i zarazem najlepszych punktów płyty. Jeśli przyjdziesz to pierwszy i w sumie jedyny utwór, który pełni rolę wypełniacza. Snuje się leniwie, mało się w nim dzieje – to było zbyteczne. Ale to małe potknięcie z nawiązką rekompensuje Here Is Your Love – iście natchniona pieśń z piękną melodią i popisem wokalnym Wojtka. Próba zmierzenia się z Love Is Blindness z Achtung Baby? Jeśli tak, to jak najbardziej udana. Luźne w wyrazie, gitarowe Lies idealnie odpręża, tak samo jak Can You Feel Love. What If We Could Change This World to jeden z niewielu momentów, w którym wyraźnie zaznacza swoją obecność gitara elektryczna. Co tu dużo mówić, kolejny strzał w dziesiątkę. Nie będzie więcej tak to delikatna ballada zyskująca jednak mocy w finale, ponadto wpisująca się w estetykę reszty. Co ciekawe, to nie koniec, bo po minucie zespół oferuje nam niezatytułowany ukryty utwór o rozmarzonym klimacie, w którym pierwszoplanową rolę odgrywa wokal. O ile Anytime You Fall nie za bardzo pasowało jako opener, ten krótki numer perfekcyjnie wieńczy Summerends.
Wady? Zbyt mała różnorodność brzmieniowa. Czasami kompozycje zlewają się ze sobą, co skutkuje jednostajną estetyką. Co prawda dzięki temu spójność (biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z koncept albumem, to jeden z kluczowych elementów) stoi na niezwykle wyśrubowanym poziomie, jednak czasami chciałoby się usłyszeć jakieś przełamanie, zmianę tempa, bardziej urozmaicone instrumentarium. Na całe szczęście, muzycy trzymają rękę na pulsie i nie wydłużają swoich kompozycji na siłę, nie popełniając w ten sposób błędu Coldplay na A Rush Of The Blood To The Head. Bardzo cieszy fakt, że panowie nie wstydzą się swojego ojczystego języka, chociaż po angielsku radzą sobie naprawdę znakomicie (nie to, co Myslovitz czy Cool Kids Of Death). Nawet powiedziałbym, że Sublim w wersji anglojęzycznej brzmi lepiej. Tak czy inaczej, podzielenie albumu według schematu "połowa po polsku, połowa po angielsku" (w zaokrągleniu) było naprawdę korzystnym i przekonującym zabiegiem.
Jednak szczerze mówiąc, wytykanie jakichś poważniejszych pomyłek to szukanie dziury w całym. Bo Summerends to po prostu świetna płyta. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, co Sublim zaprezentował w tych jedenastu kompozycjach. Utwory wypełniające Summerends odznaczają się wielką klasą i dojrzałością. To absolutny ewenement, zważając na naszą scenę muzyczną. Sublim ma wszelkie zadatki na to, by odnieść sukces, czego z całego serca im życzę. W końcu ambitnej, emocjonalnej muzyki nigdy za wiele.
MICHCIK

29/03/2010 15:42:08 [komentarzy 0] Wyraź opinię

Łabędzi śpiew legendy rocka


Queen
Innuendo
1991
Innuendo; I'm Going Slightly Mad; Headlong; I Can't Live With You; Don't Try So Hard; Ride The Wild Wind; All God's People; These Are The Days Of Our Lives; Delilah; The Hitman; Bijou; The Show Must Go On

ocena: 5

Nie słuchałem tego albumu w całości dobre 6 lat. Dzisiaj naszło mnie, żeby do niego wrócić i skonfrontować moje ówczesne i teraźniejsze wrażenia. Nic się nie zmieniło.
Może być to nieco dziwne, w końcu gust muzyczny wraz z wiekiem ulega zmianom (mniejszym lub większym, ale zawsze). Jednak prawdziwie wielkie dokonania nigdy nie tracą na sile wyrazu, niezależnie od tego, jak wiele czasu upłynęło od ostatniego z nimi kontaktu. Z całą pewnością Innuendo jest takim dokonaniem.
Dla niewtajemniczonych: to ostatnie dzieło Queen za życia Freddiego Mercury'ego (Made In Heaven z 1995 wypełniały nagrania, którego bazę stanowiły ścieżki wokalne pozostawione "w spadku" przez wokalistę). Tworząc piosenki, które trafiły na Innuendo, Freddie wiedział o swojej chorobie i zbliżającej się nieuchronnie śmierci. Nie przeszkodziło mu to jednak w napisaniu doskonałego materiału, jawiącego się jako perfekcyjne zwieńczenie swojej kariery.
Całość zaczyna się od charakterystycznych uderzeń werbla i monumentalnego motywu klawiszowego. Chwilę później dochodzi ostra gitara i TEN głos. While the sun hangs in the sky and the desert has sand/While the waves crash in the sea and meet the land /While there's a wind and the stars and the rainbow/Till the mountains crumble into the plain/Oh yes we'll keep on tryin'. Dreszcz przebiega wzdłuż kręgosłupa, całe ciało wypełnia mistyczna, natchniona energia. A to przecież nie koniec. Po niecałych trzech minutach niepokój ustępuje miejsca błogiemu spokojowi akustycznej gitary i kojącej melodii. Jednak nagle wkracza szybka, niezwykle ekspresyjna hiszpańska zagrywka, która po kilkudziesięciu sekundach urywa się, znowu wchodzi głos, tym razem spotęgowany chórem, niczym z Bohemian Rhapsody, po czym następuje powrót hiszpańskiej melodii, tym razem w wersji elektrycznej, po której przenosimy się z powrotem do klimatu pierwszej części, w jeszcze bardziej majestatycznej oprawie. Później już tylko przeciągły dźwięk gitary... Tak, to wszystko ma miejsce w jednej kompozycji, tytułowej konkretnie. To jeden z tych utworów, których nie można określić inaczej, niż wytworem czystego geniuszu. Prawdziwa rock-opera. W tym kontekście aż trudno uwierzyć, że muzycy trzymają tak wysoki poziom w niemalże wszystkich pozostałych piosenkach, które jednak nie są we wszystkich przypadkach jednoznacznie rockowe. Estetyka Innuendo sprawia wrażenie, jakby zespół był rozdarty pomiędzy chęcią klasycznie rockowego grania znanego z pierwszych płyt, a popowo-syntetycznymi skłonnościami, wyraźnie zaakcentowanymi na albumach wydanych w latach 80. Przyznam, że ten fakt bardzo mnie cieszy, ponieważ powrót do korzeni brzmi bardzo przekonująco, a klawiszowe patenty urozmaicają kompozycje nadając im specyficzny wymiar. Może jedynie nieco błaha, jednoznacznie popowa Delilah sprawia wrażenie wypełniacza, ale nawet ona ma w sobie pewien urok. Reszta to po prostu kapitalne kawałki. O numerze tytułowym już było. W I'm Going Slighly Mad zwraca uwagę przede wszystkim wyśmienite połączenie przestrzennych klawiszy i gitary rytmicznej oraz cudowna, niemalże teatralna interpretacja wokalna Mercury'ego. Istny majstersztyk. Podniosłe, balladowe Don't Try So Hard przeszywa i wzrusza do głębi, uderzając w najbardziej czułe struny ludzkiej wrażliwości. All God's People ma w sobie sporo z klimatu muzyki gospel, który jednak został połączony z rockową estetyką. These Are The Days Of Our Lives zachwyca swoją lekkością i beztroską. Headlong to fantastyczne nawiązanie do hard-rockowych tradycji z początku działalności grupy. I Can't Live With You jest przesycone ekspresją, a Ride The Wild Wind po mistrzowsku wprowadza słuchacza w tajemniczy wymiar. Natomiast najostrzejszym kawałkiem jest The Hitman o potężnej, wprost powalającej dawce rockowej energii. Jednak pełnię swoich artystycznych zdolności Queen najpełniej (pomijając utwór tytułowy) objawił w ostatnich dwóch kompozycjach. Pierwsza z nich to w większości instrumentalne Bijou będące gitarowym popisem Briana May'a i istnym arcydziełem. Całości dopełniają słowa wyśpiewywane przez Mercury'ego: You and me/We are destined, you'll agree/To spend the rest of our lives with each other/The rest of our days like two lovers/For ever. Kwintesencja piękna. Album wieńczy nie tylko jedna z najsłynniejszych pieśni Queen, ale rocka w ogóle. Mowa oczywiście o hymnicznym The Show Must Go On, okraszonym dodatkowo wspaniałym, refleksyjnym tekstem, który można traktować jako pożegnanie Freddiego z całym światem: Inside my heart is breaking/My make-up may be flaking/But my smile still stays on. Niezwykłą siłę wyrazu potęguje podniosła, majestatyczna wręcz partia klawiszy. To utwór, wobec którego człowiek jest całkowicie bezsilny. Po prostu nie można oprzeć się jego wielkości. Dosłownie wszystko ułożyło się w nim w spójną, nierozerwalną całość, stanowiącą prawdziwą magię. Przedstawienie musi trwać. Szkoda tylko, że bez Freddiego Mercury'ego i jego muzyki.
Łabędzi śpiew jednego z największych wokalistów w historii muzyki rockowej. R.I.P, Freddie.
MICHCIK

6/03/2010 11:24:52 [komentarzy 1] Wyraź opinię

Starter: Placebo

Z przyjemnością ogłaszam, że ruszyła nowa rubryka pt. Starter. Mam nadzieję, że spodoba się Wam ten subiektywny przewodnik po kilkunastu najlepszych i jednocześnie najważniejszych dokonaniach znanych wykonawców. Na pierwszy ogień rusza twórczość Placebo. Have fun :)



I Know (z albumu Placebo, 1996)
Gniew i punkowa zadziorność ujęta w balladowej formie. Najbardziej dobitny przykład, że już na pierwszej płycie Placebo nagrywało arcydzieła. Co prawda dołujące, ale tak to już niestety bywa z wielkimi utworami.

Pure Morning (Without You I'm Nothing, 1998)
Dziwaczna rytmika, osobliwa melodia i urozmaicające całość, intrygujące zabiegi aranżacyjne – pierwsza znacząca zmiana oblicza. Albo raczej: logiczna ewolucja.

Without You I'm Nothing (Without You I'm Nothing)
Hymn rozpaczy i zagubienia, który do dzisiaj jest najbardziej wielbionym przez krytyków dokonaniem grupy. David Bowie polubił go tak bardzo, że nawet zaśpiewał gościnnie na singlowej wersji.

Taste In Men (Black Market Music, 2000)
Neurotyczna jazda na całego. Fantastyczna zapowiedź stylistycznej wolty, która dokonała się na Sleeping With Ghosts.

Haemoglobin (Black Market Music)
Mistrzostwo świata w dziedzinie łączenia żywych i syntetycznych motywów. Placebowski mrok w rewelacyjnym wydaniu.

Leni (strona B singla Slave To The Wage, 2000)
Najlepszy b-side Molko i spółki. Muzycy musieli być na haju przy ustalaniu setlisty Black Market Music, bo pominięcie tego kawałka jest totalnym nieporozumieniem.

The Bitter End (Sleeping With Ghosts, 2003)
Największy rockowy wymiatacz w historii Placebo. Energia zawarta w tym kawałku wystarczyłaby do zasilenia przekaźnika, na którym zespół gra w teledysku.

Sleeping With Ghosts (Sleeping With Ghosts)
Najbardziej eteryczna kompozycja zespołu. Klimat tęsknoty w dojrzałej, elektronicznej aranżacji plus świetna linijka: Soulmates Never Die.

Special Needs (Sleeping With Ghosts)
Bogactwo dźwiękowe w połączeniu z mistrzowską melodią. Kunszt Placebo sięgnął tutaj zenitu.

Running Up That Hill (Sleeping With Ghosts - Special Edition, 2003)
Najwspanialszy kower opracowany przez Placebo, znacznie różniący się od oryginału Kate Bush. Tak z genialnych numerów robi się nie mniej genialne przeróbki.

Twenty Years (Once More With Feeling - Singles 1996-2004, 2004)
Niezwykle liryczne i stonowane, po prostu przepiękne zamknięcie najlepszego okresu twórczości Placebo. Szkoda, że zespół nie podążył dalej w podobnym kierunku.

Meds (Meds, 2006)
Cudowne nawiązanie do estetyki Without You I'm Nothing plus udany udział Alison Mosshart. Czy można zmieścić więcej emocji w niecałych trzech minutach?

Follow The Cops Back Home (Meds)
Ballada z krwi i kości. Dowód ogromnej wrażliwości i zdolności aranżacyjnych Placebo.

Devil In The Details (Battle For The Sun, 2009)
Jedyny moment Battle For The Sun, który może konkurować z dawnymi majstersztykami. Nadzieja, że zespół nie zapomniał całkowicie jak pisze się dobre piosenki.
MICHCIK

1/03/2010 21:09:21 [komentarzy 2] Wyraź opinię