STREFA MUZYKI
|
|||||
menu |
księga gości |

No! No! No!
No! No! No!
2010
PJ; Polska szkoła dokumentu; Doskonały pomysł; Świat według bestsellera; Wyjątek od rozsądku; Jak czujesz się z tym?; Nie nadaję się do cyrku; Test Voight-Kampffa; Inaczej niż w raju; Zabrakło prostych słów
ocena: 3,5
Myszor, Powaga, Makowiecki – te nazwiska mówią same za siebie. Dwaj pierwsi to członkowie Myslovitz, najważniejszego (nie bójmy się użyć tego słowa) polskiego zespołu rockowego. Ten ostatni to uczestnik pierwszej edycji polskiego Idola, obdarzony charakterystyczną, ciepłą barwą głosu. Wydaje się, że muzyczne więcej ich dzieli, niż łączy, dlatego informacja o założeniu tego nietypowego zespołu mogła zdziwić. Mnie osobiście jednak zelektryzowała. Byłem zaintrygowany kierunkiem, w jakim podąży ta trójka utalentowanych muzyków. Efekt jest niezwykle zadowalający, ale i dość zaskakujący.
Współpraca zaowocowała czymś, co można określić mianem alternatywnego popu. Z jednej strony, No! No! No! stawiają na przebojowe melodie i nośne refreny, ale również okraszają je eksperymentami brzmieniowymi, takimi, jak elektronika, czy nagłe, niespodziewane gitarowe eksplozje, które nadają kompozycjom ambitnego wymiaru. Wbrew pozorom, nie wyszła z tego fuzja stylów Myslovitz i Makowieckiego, ale zupełnie nowa jakość. Nie można tu mówić o żadnym artystycznym przełomie, bo wiele zachodnich kapel gra w bardzo podobny sposób, jednak jest to muzyka niezwykle stylowa i pomysłowa. Otwierający całość PJ urzeka kunsztowną partią fortepianu, przeplataną przesterowanymi partiami gitar i tęsknym klimatem, w który wspaniale wpisuje się głos Makowieckiego (chyba nie mieliście wątpliwości, kto stanie za mikrofonem). Polska szkoła dokumentu, nawiązująca nieco do Radiohead, o tajemniczym nastroju i porażającej gitarowej eksplozji, która za każdym razem wbija w fotel, to jeszcze lepszy dowód niezwykłych zdolności kompozytorskich naszej trójki. Nie zabrakło również jednoznacznie popowego akcentu w postaci Doskonałego pomysłu. Nieco banalnie, ale zarazem przebojowo, pozytywnie i co najważniejsze - przekonująco. Nie ma mowy o żadnym pójściu w komerchę. Dziwacznie natomiast wyszło połączenie luźnego, wesołego Jak czujesz się z tym? z hałaśliwym, zupełnie niekomercyjnym Nie nadaję się do cyrku okraszonym wypowiedziami muzyków zespołu. Różnorodność stylistyczna jest potrzebna, ale w tym przypadku mamy do czynienia z artystycznym niezdecydowaniem. Na szczęście ten drobny zgrzyt (nie związany jednak z poziomem kompozycji) zostaje wynagrodzony, i to z nawiązką, dzięki zakończeniu debiutanckiego krążka No! No! No!, na który składa się alternatywny Test Voight-Kampffa, urokliwe, nieco (ale tylko nieco) coldplayowe Inaczej niż w raju i stonowane Zabrakło prostych słów. Jedną z perełek albumu jest również Wyjątek od rozsądku z doskonałymi elektronicznymi smaczkami.
Trzeba przyznać, że No! No! No! to kawał porządnego, na dodatek starannie wyprodukowanego, alternatywno-popowego grania. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby Myszor, Powaga i Makowiecki nie poprzestali jedynie na tej jednej płycie, bo w Polsce brakuje inteligentnej, wysmakowanej muzyki.

The National
High Violet
2010
Terrible Love; Sorrow; Anyone’s Ghost; Little Faith; Afraid Of Everyone; Bloodbuzz Ohio; Lemonworld; Ruaway; Conversation 16; England; Vanderlyle Crybaby Geeks
ocena: 4,5
Gdybyście zapytali mnie o The National kilka miesięcy wcześniej, pewnie powiedziałbym, że to dobry zespół, po prostu. Dobry, ale nic ponad to. Wraz z wydaniem High Violet moje podejście do twórczości tego zespołu zyskuje całkowicie nowy wymiar.
High Violet zachwyciło mnie od pierwszej chwili. Dawno nie miałem przyjemności usłyszeć tak lirycznych, wzruszających, romantycznych, po prostu pięknych, chwytających za serce, kompozycji. To, co piątka z Brooklynu dokonała na nowym krążku, zasługuje na najwyższe pochwały. To już nie są tylko piosenki, to hymny.
Doprawdy, trudno się nie wzruszyć i nie przeżyć chwil uniesienia słuchając tych cudownych (bez wyjątku) jedenastu kompozycji. Niezwykłe jest to, że The National osiągnęli ten efekt bez żadnych elektronicznych bajerów i studyjnych sztuczek, które często mają za zadanie nie ubarwić utwory, tylko zamaskować ich mierność. High Violet to zbiór PRAWDZIWYCH piosenek i gloryfikacja gitary jako instrumentu z prawdziwą duszą, który najpełniej potrafi wyrazić najgłębsze emocje. Może jedynie otwierające całość Terrible Love zaskakuje złożonymi rozwiązaniami aranżacyjnymi i eksperymentami brzmieniowymi, ale co to za utwór! Wielki, podniosły, obezwładniający. Zaczyna się niepozornie, jednak z sekundy na sekundy nabiera mocy i wzbudza szczery zachwyt a ekspresyjna gra sekcji rytmicznej i potęga oddziaływania finału to rozwiązania godne największych. Jednak klimat albumu wyznacza pierwszy singiel (perfekcyjny wybór!), Bloodbuzz Ohio. Kto nie uroni chociażby jednej łzy, może uchodzić za człowieka wypranego ze wszelkiej wrażliwości. Czyste, niczym nieskażone piękno i totalna magia. Ale czy nie tak samo możemy określić kompozycji takich, jak gęste Sorrow, tajemnicze Afraid Of Everyone, nawiązujące do U2 Lemonworld czy przestrzenne, okraszone cudnymi chórkami Conversation 16? Czy reszta piosenek odstaje od tych wyżej wymienionych? Jak bardzo byśmy się nie starali, nie znajdziemy na High Violet żadnego chybionego dźwięku. Mimo, że nastrój całego albumu jest niezwykle refleksyjny i stonowany, nie można mówić ani o chwili znużenia. To iście tęskna, sentymentalna wyprawa w głąb ludzkiej wrażliwości. Bo właśnie wrażliwość to słowo-klucz w przypadku tego zniewalającego dzieła.
Dlaczego "tylko" 4,5, a nie 5, pytacie? Szczerze mówiąc, cały czas się waham. Ale z racji tego, że piątka należy się dziełom skończenie doskonałym, jednak się wstrzymam. Zresztą, czy to ważne? Liczy się coś innego – że mamy zaszczyt słuchać jednej z najwspanialszych płyt ostatnich kilku lat.
Witamy w ekstraklasie, Panowie.

Editors
The Back Room
2005
Lights; Munich; Blood; Fall; All Sparks; Camera; Fingers In The Factories; Bullets; Someone Says; Open Your Arms; Distance
ocena: 4,5
Przeczytałem kiedyś w "Teraz Rocku", że Editors to bardziej przyjazna światu wersja Interpolu. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Z jednej strony, obie kapele są do siebie zbliżone estetycznie, a wokaliści Paul Banks i Tom Smith dysponują łudząco podobnymi barwami głosu, jednak muzyka Editors ma w sobie więcej światła, nie jest tak mroczna, melancholijna, odpychająca i zimna, jak ta, którą proponują ich koledzy z Nowego Jorku. No tak, zapomniałem o jeszcze jednym podobieństwie – wspaniałe debiutanckie albumy.
Zaznaczam od razu – The Back Room nie odznacza się wielkością formatu Turn On The Bright Lights. Jednak nie przeszkadza to jej w byciu fantastyczną, bardzo dojrzałą, zważając na ówczesny staż zespołu, i rozrywkową jednocześnie, płytą. Editors w mistrzowski sposób połączyli taneczną werwę i nośne melodie z alternatywną stylistyką i (nieznaczną) dawką mroku. Efekt jest iście piorunujący.
Początek The Back Room po prostu powala. Lights, Munich i Blood to prawdziwe killery, porażające słuchacza swoją mocą i porywające na parkiet. Szczególnie zachwyca Lights, będące najkrótszą kompozycją w zestawie, wypełnioną po brzegi kosmicznym ładunkiem emocjonalnym i stanowiącą zarazem cudowny hołd dla Joy Division (chyba nikt nie będzie zaskoczony faktem, że grupa Iana Curtisa to jedna z najważniejszych inspiracji zespołu). Mimo, że nastrój utworu jest dość niepokojący, mamy wrażenie, że Editors nie są czterema smutasami o grobowych minach. I zaiste, Munich i Blood udowadniają, że Smith i spółka zamiast stawiać jedynie na mrok, stawiają również na parkietowe wymiatacze i dawkę pozytywnej energii. Ta swoista dwoistość muzyki Editors jest niezwykle wciągająca i intrygująca. Zestawcie wspomniane Munich z Fall. Jak różna estetyka, jak różny nastrój! Jednak nie można mówić o jakimkolwiek zgrzycie, jeśli chodzi o spójność, bo mimo odmiennych rodzajów emocji, w gruncie rzeczy wszystkie utwory Editors są do siebie zbliżone ze względu na brzmienie i linie melodyczne. To w zasadzie mój jedyny zarzut wobec The Back Room. Kiedy słucham (notabene rewelacyjnego) Fingers In The Factories, wydaje mi się, że za chwilę będzie refren z Blood. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że The Back Room było ich debiutem, Editors mogą czuć się usprawiedliwieni. Tym bardziej, że na albumie nie ma praktycznie ani jednego chybionego kawałka (może oprócz dość błahego Bullets, odstającego estetycznie od reszty). Czy słuchamy stonowanej ballady, takiej jak Camera, czy energicznego Someone Says, nie ma mowy o chwili znużenia. A zwieńczenie albumu, czyli liryczne, niezwykle eteryczne, wręcz natchnione Distance z delikatną interpretacją wokalną Smitha, to prawdziwa bajka! Jeśli Editors chcieli w ten sposób przekonać o swoich niezwykłych zdolnościach tych najbardziej opornych , udało im się to w stu procentach.
Reasumując, The Back Room to jeden z najwspanialszych albumów, jakie przyniosła nam tak zwana rockowa rewolucja. Na szczęście Editors, w odróżnieniu od większości innych zespołów z tamtego efemerycznego nurtu, nie wypalili się po debiucie i do dziś udowadniają, że wciąż mają sporo dobrych pomysłów (chociaż poziomu recenzowanego krążka nie utrzymali). Miejmy nadzieję, że tak już zostanie.

Massive Attack
Heligoland
2010
Pray for Rain; Babel; Splitting The Atom; Girl I Love You; Psyche; Flat of the Blade; Paradise Circus; Rush Minute; Saturday Come Slow; Atlas Air
ocena: 2
Massive Attack kazali na siebie czekać zdecydowanie zbyt długo. Aż 7 lat minęło od wydania cudownego, moim zdaniem, 100th Window. Powrót po takiej przerwie nie należy chyba do najłatwiejszych. Po pierwsze – wyjście z wprawy. Może się mylę, ale wydaje mi się, że artyści, którzy wydają płyty regularnie, są mniej podatni na stworzenie jakiegoś gniota z racji tego, że są "na bieżąco" – wydają płytę, promują ją jadąc w trasę, podczas której piszą kawałki na nową płytę, itd. Po drugie – wymagania. Co jak co, ale po 7 latach przerwy słuchacze mają prawo oczekiwać czegoś dobrego. W końcu nie można powiedzieć, że Robert Del Naja i Grant Marshall nie mieli czasu na komponowanie i dopieszczanie kawałków. Jednak trzeba otwarcie powiedzieć, że nie wykorzystali tego przywileju w zadowalającym stopniu.
Heligoland to słaby album. Rzeczą, która uderza najbardziej, już przy pierwszym przesłuchaniu, to brak głębszych emocji, które towarzyszyły wcześniejszym dokonaniom Massive Attack. Nowe utwory są nudne i praktycznie całkowicie wyjałowione z zamysłu artystycznego. Przed wydaniem albumu miałem okazję posłuchać Splitting The Atom z EPki o tym samym tytule. Kompozycja ani trochę mnie nie zachwyciła i zupełnie nie spodobało mi się to, że zespół zdecydował się na umieszczenie jej na Heligoland. Jednak najgorsze jest to, że w porównaniu z innymi kawałkami, Splitting The Atom i tak wyróżnia się na plus. Można było mieć nadzieję, że chociaż wstęp da radę, w końcu Massive Attack zawsze mieli świetne otwieracze. Ale nic z tego. Pray For Rain jest do bólu zwyczajne i nawet dość ciekawe narastanie brzmieniowe niewiele daje. Jednym słowem – wieje nudą. Nawet produkcja, która według mnie jest zbyt płaska i archaiczna, nie zdaje egzaminu. Tych udanych momentów jest tutaj jak na lekarstwo. Ciekawie wypada kolaboracja z Damonem Albarnem z Blur nosząca nazwę Saturday Come Slow. Przynajmniej jakiś emocjonalny (aczkolwiek w niewielkim stopniu) refren się trafił. Zamykające całość Atlas Air, mocno osadzone w stylu grupy, też wypada nieźle, pomimo swojej długości (przy pierwszym przesłuchaniu myślałem że skoro krótsze utwory przynudzają, to co dopiero najdłuższy). Jednak najjaśniejszym momentem płyty jest mroczne Girl I Love You z pulsującym rytmem, charakterystyczną dla zespołu linią basu i przede wszystkim dobrą melodią. Chyba jedyne dokonanie mogące konkurować z dawnymi klasykami. Reszta kawałków nie zasługuje na wzmiankę. Doprawdy, nie wiem co to ma być. Co gorsza, boję się, że nawet sam zespół tego nie wie.
Najsmutniejsze jest to, że po przesłuchaniu Heligoland, praktycznie nic nie zostaje w głowie. Dziwię się, jak to się mogło stać, że tak twórczy i oryginalny zespół stworzył tak mało wyrazisty, zupełnie (oprócz kilku wyjątków, o których pisałem wcześniej) pozbawiony emocji zestaw. Ale nie napiszę, że jestem szczególnie rozczarowany, bo też nie spodziewałem się niczego specjalnego. Czasami przeczucia się sprawdzają. Szkoda tylko, że akurat w takich przypadkach.
Jeśli macie jeszcze jakiekolwiek wątpliwości co do mierności Heligoland, spójrzcie na okładkę i porównajcie ją z obrazami zdobiącymi Mezzanine czy 100th Window. W ogóle, lepiej przestańcie tego słuchać i zapuście sobie tamte arcydzieła.

Radiohead
OK Computer
1997
Airbag; Paranoid Android; Subterranean Homesick Alien; Exit Music (For A Film); Let Down; Karma Police; Fitter Happier; Electioneering; Climbing Up The Walls; No Surprises; Lucky; The Tourist
ocena: 5
Co? OK Computer? Dajcie spokój, 5 gwiazdek. To wszystko, dziękujemy. Ocenianie rewolucyjnego, najsłynniejszego albumu Radiogłowych najczęściej odbywa się w mniej więcej taki sposób. Przyznam szczerze, że przez długi okres życia u mnie nie wyglądało to tak jednoznacznie. Zawsze lubiłem tę płytę, ale... Właśnie - zawsze było jakieś "ale". Należę do tej frakcji fanów Radiohead, która największym uwielbieniem darzy Kid A. Myślę, że w tej kwestii już się nie zmienię. Jednak przez lata słuchania i odkrywania nowych brzmień, co jakiś czas powracałem do OK Computer. I w końcu, pewnego dnia, powiedziałem: tak, to istne arcydzieło.
Nie myślcie sobie, że pokochałem ten album, bo uznałem, że MUSZĘ to zrobić, bo w innym wypadku będę nienormalny, skoro praktycznie wszyscy uważają trzeci krążek w dorobku Yorke'a i spółki jako kamień milowy w historii muzyki. Po zapoznaniu się z niektórymi moimi recenzjami powinniście wiedzieć, że często jestem przekorny, jeśli chodzi o odbiór muzyki, a w szczególności w kwestii dokonań uznawanych za wybitne. Jednak w przypadku OK Computer zadecydowały... piosenki. Bo one są naprawdę piękne. Bez wyjątku. Bez żadnego "ale". Widocznie do tej płyty trzeba dojrzeć (dziwne, bo zawsze myślałem w ten sposób o wspomnianym Kid A).
W pierwszej części recenzji użyłem określeń "rewolucyjny" i "najsłynniejszy w dorobku zespołu" (trochę parafrazuję). To drugie jest oczywiste – żadne wcześniejsze ani późniejsze dokonanie Radiohead nie odniosło tak spektakularnego sukcesu komercyjnego (jeśli chodzi o sukces artystyczny, sprawa już nie jest taka oczywista). Dlaczego to dzieło rewolucyjne? Bo dzięki niemu Radiohead "wnieśli muzykę alternatywną na salony" (to zasłyszane zdanie, które bardzo mi się spodobało), udowodnili całemu światu, że to nie jest hermetyczny, nieprzystępny i odpychający gatunek. Że to nie są dźwięki przeznaczone jedynie dla niezrównoważonych emocjonalnie dziwolągów. Że to jest sztuka wyższa.
OK Computer portretuje zespół w chwili, kiedy Radiohead wciąż byli piosenkowi, ale już zakręceni. W końcu nie przez przypadek trzy lata później zespół wydał nie mniej rewolucyjne, całkowicie "odjechane" Kid A. OK Computer był swego rodzaju zalążkiem, nieśmiałą (jeszcze) próbą wplecenia w gitarowe granie eksperymentów brzmieniowych. Taką próbą jest chociażby otwierające całość Airbag. Fantastyczny kolaż brzmieniowy i pierwszy z dwunastu dowodów iście futurystycznej, genialnej produkcji albumu (zasługa Nigela Godricha, nadwornego producenta grupy). Radiohead w fantastyczny sposób czerpią z progresywnych wzorców w stylu Pink Floyd prezentując je w nowej, modernistycznej formie. Następne w kolejności, wieloczęściowe Paranoid Android to absolutna klasyka zespołu, określana często mianem rockowej opery albo suity. Grupa co chwila zmienia nastrój, a to wszystko w niezwykłej oprawie muzycznej. Subterranean Homesick Alien zachwyca swoim rozedrganiem i zabiegami aranżacyjnymi. Jeszcze lepsze wrażenie pozostawia po sobie smutne Exit Music (For A Film) zaczynające się intymną zagrywką gitarową, do której po chwili dołącza przejmujący głos Yorke'a. Jednak w pewnym momencie robi się coraz głośniej, aż w końcu emocje sięgają zenitu. Całości dopełnia mroczna, podniosła partia chóru. Po tej uczcie czas na prawdziwy hymn. Melancholijne, przeszywające na wskroś Let Down to według mnie najwybitniejszy moment krążka. Człowiek jest całkowicie bezradny wobec piękna tej kompozycji. Totalny wyciskacz łez. Jeden z tych utworów, po wysłuchaniu którego wszystko przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko ta piosenka, ta chwila. Świat przestaje istnieć. Karma Police to chyba największy przebój z OK Computer. Wydaje się, że to dość zwyczajna rockowa piosenka uszlachetniona partią fortepianu, jednak znowu emocje biorą górę. A kiedy Thom zaczyna śpiewać I lost myself, już wiadomo, że nie można wygrać z tymi dźwiękami. Fitter Happier, z drugiej strony, to całkowite zaprzeczenie konwencjonalnej piosenki. Na pierwszym planie mechaniczna, beznamiętna wyliczanka, w tle plumkanie pianina. Tylko tyle. Więc dlaczego aż tak mocno angażuje? Po tym krótkim odejściu od rockowej formuły czas na majestatyczny powrót do piosenkowych klimatów. Electioneering. Prawdziwy, szaleńczy rock'n'roll. Gigantyczna moc oddziaływania, porażające gitarowe solo, potęga. Kolejnym mistrzostwem świata jest neurotyczne Climbing Up The Walls, w którym Radiohead eksplorują najbardziej mroczne zakamarki ludzkiej świadomości. Wisielczy nastrój w połączeniu ze zmienionym, elektronicznie, momentami histerycznym głosem Yorke'a po prostu powala. Może nawet sam zespół uznał, że trochę przesadził z ładunkiem paranoi, skoro w następnej kolejności zaserwował stonowane, kołysankowe No Suprises. Potem jednak znowu robi się bardziej tajemniczo, a to za sprawą podniosłego Lucky, którego najlepszą częścią jest refren o kosmicznej sile wyrazu. Zbliżone pod względem estetycznym, zamykające całość The Tourist w znakomity sposób streszcza wszystko, co do tej pory usłyszeliśmy i nie pozostawia wątpliwości co do wielkości jego twórców.
To niesamowite, ile emocji kryje w sobie ta płyta. I jak bardzo zmieniła myślenie o współczesnej muzyce. To bezsprzecznie jedno z najważniejszych dokonań w historii rocka, które do dzisiaj inspiruje (i pewnie już zawsze będzie inspirować) rzesze młodych zespołów starających się dorównać czwórce z Oxfordu. Ale niezależnie od tego, jak bardzo by próbowali, są z góry skazani na niepowodzenie. Dlaczego? Włączcie ponownie "play". Wtedy zrozumiecie.
Zaiste, kamień milowy w historii muzyki. Ach, ten rok 1997...

Eroll (z albumu Wilki, 1992)
Mistycyzm, szamański klimat, nieskrępowane emocje – artystyczne apogeum Wilków. Utwór nie tylko wspaniale zapowiadający debiutancki krążek, ale i najlepiej streszczający jego zawartość.
Nic zamieszkują demony (Wilki)
Wszechogarniający mrok i rockowa potęga w połączeniu z przeszywającą partią organów dodającą dramaturgii. A ekspresyjna, szaleńcza wręcz wokaliza Gawlińskiego za każdym razem przyprawia o ciarki.
Son Of The Blue Sky (Wilki)
Czy komuś trzeba przedstawiać największy polski przebój (w najlepszym tego słowa znaczeniu) zaśpiewany po angielsku? Klasyka i tyle.
Eli lama sabachtani (Wilki)
Jedna z najpiękniejszych polskich piosenek o miłości, w której wszystko układa się w nierozerwalną, zachwycającą całość. A linijka Z Tobą odeszły Anioły na zawsze pozostanie w pamięci.
Uayo (Wilki)
Tak oto wieńczą swoje dzieła największe zespoły świata. Polecam szczególnie w połączeniu z eteryczną, minutową miniaturką, której bazę stanowi sampel z Eli lama sabachtani.
Nie zabiję nocy (Przedmieścia, 1993)
Piosenka, która pogrzebała nadzieje na wskrzeszenie klimatu debiutu. Zamiast szamanizmu – klasyczne, rockowe granie, w tym przypadku uszlachetnione partią fortepianu. Jeśli już rozczarowywać, to w taki sposób.
Moja "Baby" (Przedmieścia)
Wyznacznik tego, czym powinna być rasowa, rockowa ballada. Świetny riff, powalająca solówka i intrygujący tekst zaowocowały jedną z najbardziej lubianych przez fanów piosenek zespołu.
Hiszpan (Przedmieścia)
Dla wszystkich niedowiarków, którzy uważają, że Wilki nie potrafią zagrać czadowo. Hiszpańskie klimaty dodają piosence wyjątkowości.
Ballada Emanuel (Przedmieścia)
Mylący, niezwykle ostry początek, a potem... akustyczna uczta z fantastyczną melodią i idealnie wpisującym się w klimat zadumy wokalem Roberta. Najlepszy moment Przedmieść.
A moje bóstwa płaczą (Acousticus Rockus, 1994)
Dowód, że Wilki nie zgubiły swojej tajemniczej aury, tylko po prostu ją ukryły. Nie pogardziłbym, gdyby zamiast Acousticus Rockus zespół nagrał regularny album studyjny w podobnym klimacie.
Śpij mój śnie (Acousticus Rockus)
Klasyczna miłosna ballada, która dosłownie chwyta za serce. Poniekąd zapowiedź tego, co Robert będzie grał na solowych albumach.
Cień w dolinie mgieł (Acousticus Rockus)
Wersja studyjna urzekała, jednak na żywo Wilki zrobiły z tego kawałka istny majstersztyk o powalającym ładunku emocjonalnym. Najlepszy przykład, że inna aranżacja czasami czyni cuda.
Urke (4, 2002)
Cóż, reaktywacja (pod względem artystycznym) nie wyszła aż tak dobrze, ale Urke jest fantastycznym dowodem, że Gawliński i spółka nie stracili daru do pisania po prostu dobrych piosenek. Na dodatek wyborny singiel.
Here I Am (4 - reedycja, 2003)
Próba zmierzenia się z Son Of The Blue Sky? Jeśli tak, to jak najbardziej udana. I nawet nie mam pretensji do zespołu, że nagrali to z myślą o Eurowizji. Urzekająca melodia i kunszt aranżacyjny rekompensują wszystko.
Atlantyda łez (Watra, 2004)
Utwór oparty na zasadzie stonowana, refleksyjna zwrotka i mocny, ekspresyjny refren. Do tego jeszcze ciekawy tekst Gawła plus krótka, wyrazista solówka i mamy przebój.
Słońce pokonał cień (Watra)
Co tu dużo mówić, najlepszy i zdecydowanie najbardziej "wilczy" numer po reaktywacji. A w połączeniu ze znakomitym, refleksyjnym tekstem – istne arcydzieło. Panie Robercie, może na następnym albumie coś w tym stylu, zamiast kolejnych Basiek, Bohem i Na zawsze i na wieczność?
MICHCIK

Robert Gawliński
Kalejdoskop
2010
Grey; Grey (coda); Porywisty wiatr; Tuareg; W cieniu ciszy; Natura zła; Kalejdoskop bardo; Anioł Miriam; Basquiat; Księga zdarzeń; Grzesznicy; Grzesznicy (coda)
ocena: 3,5
Cieszę się, że Robert Gawliński zdecydował się ponowić solową działalność. Tym bardziej, że ostatni album Wilków, Obrazki, był świadectwem muzycznego banału i szczerze mówiąc miałem serdecznie dosyć tego zespołu. Możecie się zdziwić, że poczułem tak dopiero przy okazji Obrazków, a nie wcześniej, ale mimo wszystko, 4 i Watra były niezłymi albumami. Co prawda komercyjnymi jak diabli, ale przyzwoitymi. Jednak przez cały czas po cichu liczyłem na powrót solowego Gawła. Bo Gawliński solo to inna sprawa. Wydaje się, że Robert bez macierzystego zespołu nie odczuwa komercyjnej presji, po prostu tworzy to, co mu w duszy gra, bez względu na to, czy rozgłośnie radiowe to kupią, czy nie. Rzecz jasna, rozgłośnie lubią Gawlińskiego także w wydaniu solo, bo w gruncie rzeczy to klimaty zbliżone do Wilków. Solo, Kwiaty jak relikwie, X i Gra udowodniły, że Gaweł bez zespołu jest nawet lepszy, a na pewno równiejszy i spójniejszy (nie było miejsca na kontrast stylistyczny i artystyczny pomiędzy debiutem Wilków, a Przedmieściami). Ale dość tego przydługiego wstępu. Jak jest tym razem?
Z ulgą donoszę, że jest nieźle. Co prawda cały czas forma nie ta, co w latach 90, ale do tego już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Najważniejsze, że jest o niebo lepiej, niż na ostatnim krążku z Wilkami. Bardziej urokliwie, dojrzalej, ciekawiej tekstowo, ambitniej. Rzeczą, która przykuwa uwagę od samego początku, to wysmakowane aranżacje i fantastyczna produkcja. Słowem, klasa światowa. A sama muzyka? W większości stonowana, refleksyjna. Tylko momentami Robert pozwala sobie na mocniejszy akcent brzmieniowy. Jeśli chodzi o instrumentarium, główną rolę odgrywa gitara akustyczna, do której czasami dołącza elektronika, a nawet sekcja smyczkowa uszlachetniająca kompozycje. Otwierający całość Grey z linijką Dokąd zmierzamy, bracie?, nawiązującą do tytułu wiadomego utworu z Solo, ma w sobie dużo lekkości, uroku i charakterystycznego, "gawlińskiego" klimatu. Jednak kawałek ten został skontrastowany przez instrumentalną codę o zaskakującym ładunku emocjonalnym, jednostajnym rytmie i obezwładniającej, gitarowej ścianie dźwięku (aczkolwiek końcówka jest już akustyczna). Nie spodziewałem się po Robercie takiego hałasu. Następny w kolejności Porywisty wiatr również wciąga, przede wszystkim ze względu na świetną melodię i przekonujące wzmocnienie na wysokości refrenu. Czuć pasję z lat 90. Tuareg przynosi nieco orientalny klimat za sprawą charakterystycznych partii smyczków, które zostały jednak zestawione z elektryczną zagrywką. Natomiast W cieniu ciszy urzeka delikatnością, podkreśloną błogim refrenem, ze znakomitą akustyczną partią gitary. Kilka następnych kompozycji nieco odstaje poziomem od poprzedników, jednak doskonale wpisuje się w zadumany klimat całości (warto zwrócić uwagę na nieco dancingowe Anioł Miriam). Basquiat to jedyny utwór zaśpiewany po angielsku, co niestety nie wyszło na korzyść, bo wymowa Roberta pozostawia sporo do życzenia (dziwne, bo Son Of The Blue Sky i inne anglojęzyczne piosenki Gaweł śpiewał bez większych zarzutów). Jednak sama kompozycja odznacza się wielkim kunsztem i zasługuje na pochwałę, tak jak i Grzesznicy, które zostało wytypowane na pierwszy singiel. Wybór jak najbardziej słuszny, bo to najbardziej przebojowy moment tego, w gruncie rzeczy najmniej nośnego w karierze Roberta, albumu. Kompozycją wieńczącą Kalejdoskop jest kolejna instrumentalna coda, jeszcze bardziej zaskakująca, niż pierwsza, a to z kilku względów. Jednym z nich jest fakt, że utwór ten trwa 12 minut! To czyni z niego najdłuższy kawałek w całej historii Gawlińskiego i Wilków. Jednak najbardziej zdumiewająca jest sama muzyka, którą można określić mianem.. psychodelii zmieszanej z post-rockiem. Nigdy, może poza Kocham niewinność, nie słyszeliśmy u Roberta takich dźwięków. Nasuwają mi się skojarzenia z The Verve i improwizacjami Myslovitz, a nawet Explosions In The Sky. Efekt? Naprawdę imponujący, a biorąc pod uwagę resztę Kalejdoskopu i w ogóle całą twórczość Gawlińskiego, można mówić o przełomie. Wspominałem coś o obezwładniającej, gitarowej ścianie dźwięku? Tutaj mamy ją w wersji deluxe. Najważniejsze, że to nie tylko intrygujący eksperyment, ale również, a raczej przede wszystkim, hipnotyzująca muzyczna uczta. Nie boję się użyć słów: wielki finał. Nie pogardziłbym, gdyby Robert poszedł w podobnym kierunku.
Podsumowując, najnowsze dzieło Gawlińskiego to kawał porządnego, w większości spokojnego, gitarowego grania. Mimo, że Robert w wielu miejscach sięga po znane, charakterystyczne dla siebie patenty, potrafi również bardzo zaskoczyć, i to na plus. Warto było czekać te 11 lat na ponowienie kariery solowej.
MICHCIK


