Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Odważne posunięcie

Coldplay
Viva La Vida Or Death And All His Friends
2008
Life In Technicolor; Cemeteries Of London; Lost!; 42; Lovers In Japan/Reign Of Love; Yes; Viva La Vida; Violet Hill; Strawberry Swing; Death And All His Friends
ocena: 4
Muszę przyznać, że z niecierpliwością czekałem na ten album. Emocje podsycały dwa świetne single, które wypuścili niedługo przed premierą (Violet Hill i Viva La Vida). I ani trochę się nie zawiodłem.
Viva La Vida Or Death And All His Friends stanowi pewien przełom w twórczości Chrisa Martina i jego kolegów. To płyta nie poddająca się łatwym, jednoznacznym klasyfikacjom. I nie jest logiczną kontynuacją myśli z X&Y. Coldplay porzucili swoją wygodną strefę i postanowili nieco pokombinować. Wielkie piętno na albumie odcisnął Brian Eno - pionier ambientu, współtwórca sukcesów U2 i geniusz produkcyjny. Jeśli Martin faktycznie chciał odważyć się na eksperyment, dobrze wiedział co robi, angażując Eno w roli producenta. A czy wiedział co robi, tworząc samą muzykę?
Już sam początek przynosi zmiany, i to niemałe. Krótkie, instrumentalne Life In Technicolor ma naprawdę fajny klimat i rewelacyjnie rozluźnia. Może gdyby nie te lekko kiczowate chórki w końcówce, byłoby jeszcze lepiej, ale i tak jest bardzo dobrze. Cemeteries Of London to już inna bajka. Tajemniczość i mrok chyba nigdy nie dawały tak bardzo o sobie znać w muzyce Coldplay. Słychać wielki wpływ U2 z czasów Achtung Baby (zagrywka i barwa gitary). Następne w kolejności Lost! zachwyca swoim niekwestionowanym urokiem, obezwładniającą potęgą organów i piękną, smutną melodią. W 42 również słychać inspirację, lecz tym razem Radiohead, a konkretnie ich ostatnim albumem. Szczególnie jest to słyszalne w manierze Martina oraz brzmieniu gitar (1:48). Wciągający i jednocześnie dość nietypowy utwór, jak na Coldplay. Lovers In Japan/Reign Of Love, jak sama nazwa wskazuje, jest podzielony na dwie części. Lovers In Japan to rozpędzony, gitarowy... folk. Wypadło o wiele lepiej, niż można się było spodziewać. Natomiast Reign Of Love to zaskakująco delikatna, fortepianowa balladka, aczkolwiek nie do końca w stylu Coldplay. Yes zaczyna się płaczliwym smyczkowym motywem, jednak po chwili zmienia się w gęstą, gitarową kompozycję zaśpiewaną bardzo niskim (co akurat nie wyszło na korzyść piosence) głosem. Ukryty utwór, Chinese Sleep Chant, jest o niebo lepszy. Szybkie, przestrzenne gitary w połączeniu z "rozmytym" wokalem dają naprawdę znakomity efekt. Wspomniane Viva La Vida stanowi chyba największe zaskoczenie spośród wszystkich numerów, bo wygrane jest w większości przez syntezator naśladujący brzmienie orkiestry. Melodia także niezbyt pasuje do twórczości Coldplay. Ale pomijając niespodziankę, rezultat fantastyczny. Natomiast Violet Hill jest aż za bardzo charakterystyczne dla Coldplay. No, może z pominięciem wyrazistego, mocnego rytmu i kąśliwej partii gitar. Strawberry Swing znowu przywołuje klimat U2, tym razem z The Joshua Tree. Zamykające całość Death And All His Friends sprawia wrażenie kołysanki, jednak po czasie wkraczają podniosłe gitary i podniosłe chórki. The Escapist, kolejny ukryty utwór, to powtórka tematu znanego z Life In Technicolor, tylko, że tym razem w nieco innej formie.
Trzeba przyznać, że Coldplay zastosowali na Viva La Vida... mnóstwo dziwnych, jak na nich, patentów. Brzmienie także zaskakuje. Cieszy za to fakt, że pozbyli się tych popowych inklinacji z X&Y. Tym razem produkcja jest bardziej alternatywna.
Krążek z pewnością rozczaruje tych, którzy oczekiwali nowych Trouble, The Scientist, Talk czy Speed Of Sound. Mimo, że Viva La Vida... nie jest tak łatwa i przyjemna w odbiorze, jak poprzedniczki, warto ją poznać. Bo niecodziennie zdarza się, że zespoły, takie jak Coldplay, decydują się na tak odważne posunięcie. No i osiągają przy tym taki efekt. Najlepszy jak dotąd album Chrisa Martina i spółki. MICHCIK
|