Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Dorównać U2
.jpg)
Coldplay
X&Y
2005
Square One; What If; White Shadows; Fix You; Talk; X&Y, Speed Of Sound; A Message; Low; The Hardest Part; Swallowed In The Sea; Twisted Logic; Til Kingdom Come
ocena: 4
Oczekiwaniu na tę płytę towarzyszyło wielkie napięcie. Podczas nagrywania materiału, Chris Martin zrezygnował z kilkudziesięciu numerów, które napisał z myślą o tym albumie. A wszystko to służyło osiągnięciu perfekcji i udowodnieniu sobie oraz światu, że jest prawdziwym zbawcą muzyki. I co, udało mu się?
X&Y z całą pewnością nie jest dziełem doskonałym. Chyba, że doskonały jest jednoznaczne ze stadionowym, bo taki jest właśnie ten krążek. Charakterystyczne, bardziej syntetyczne niż w przeszłości, brzmienie, różne smaczki aranżacyjne, podniosłość i uduchowienie sprawiają wrażenie obcowania z czymś wielkim, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę sam poziom kompozycji, słychać, że nie jest to rzecz pomnikowa. Nie, nie myślcie, że mi się nie podobają. W porównaniu do momentami wręcz nijakiego A Rush Of Blood To The Head, X&Y jawi się jako album pełen świetnych piosenek z mnóstwem emocji. Martin i spółka chyba zorientowali się, że na poprzedniej płycie trochę przesadzili z delikatnością i brakiem przyśpieszeń – tym razem w wielu przypadkach pokazują, że jednak trochę mocniejsze brzmienia nie są im obce. Ale to nie znaczy, że grają bardziej rockowo. Powiedziałbym wręcz, że utwory, które wypełniają materiał, momentami zbliżają się w kierunku popu (wspomniana syntetyczność, która jest wynikiem użycia elektroniki). Ale mi osobiście to nie przeszkadza. Tym bardziej, że przeprosili się z gitarami, które brzmią tak wspaniale, jak nigdy wcześniej.
Otwierający całość Square One rozpoczyna się tajemniczym, nieco ambientowym motywem, do którego po chwili dołącza jak zwykle fantastyczny głos Chrisa, dość szybka perkusja i gitary. Naprawdę ogromny ładunek emocjonalny. Może właśnie dlatego musieli zwolnić przy What If – typowa coldplayowa, fortepianowa ballada. Miło się słucha. White Shadows przynosi jeszcze większą tajemniczość, niż Square One i może nawet jest jeszcze bardziej porywające. Ale i tak najpiękniejsze dopiero przed nami. Mowa tutaj o Fix You, które jest chyba najmocniejszym punktem zestawu. Wydawałoby się, że to kolejny akustyczno-fortepianowy utwór. Jednak druga część kompozycji przynosi przepiękną gitarową zagrywkę, a Martin, studyjnie zwielokrotnionym głosem, zaczyna śpiewać najcudowniejszą melodię tego albumu. Dalej zespół też nie spuszcza z tonu oferując przebojowe Talk. Kolejny fantastyczny gitarowy motyw i kolejna fantastyczna melodia. Tytułowe X&Y trochę odstępuje od poprzedników, ale za to Speed Of Sound przywraca emocjonalność i uduchowienie. Luźniejsze w wyrazie A Message również nie zawodzi. Tak samo z The Hardest Part. Pozostałe utwory może już tak bardzo nie zapadają w pamięć, ale nie są żadnymi wypełniaczami.
Biorąc pod uwagę fakt, jak dużego nagromadzenia pochwalnych epitetów użyłem w recenzji, pewnie sobie myślicie, że ocena powinna być wyższa. Jednak jest pewien problem z X&Y. W każdej sekundzie (a najbardziej w czasie trwania Speed Of Sound) czuć tę chęć osiągnięcia sukcesu, który przyćmiłby innych. Brak tu naturalności i bezpretensjonalności Parachutes, brak nawet pewnej dozy szlachetności która cechowała A Rush Of Blood To The Head. Czuć, że materiał, który znalazł się na albumie chyba nie jest do końca efektem artystycznej wizji, tylko nastawieniem na komercyjny strzał w dziesiątkę. Jeśli posłuchacie, poczujecie co mam na myśli.
Dobrze, że Coldplay wyszli z artystycznego regresu, którym była poprzednia płyta. Teraz tylko wystarczy mieć nadzieję, że Viva La Vida będzie jeszcze lepsza. Trzymam za nich kciuki. Bo naprawdę warto. MICHCIK
|