Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
We don't need no Waters

Pink Floyd
The Division Bell
1994
Cluster One; What Do You Want From Me; Poles Apart; Marooned; A Great Dat For Freedom; Wearing The Inside Out; Take It Back; Coming Back To Life; Keep Talking; Lost For Words; High Hopes
ocena: 5
Ostatni, jak do tej pory, studyjny album Pink Floyd jest najwspanialszym dowodem na to, że panowie Gilmour, Wright i Mason nie potrzebują Rogera Watersa, żeby tworzyć arcydzieła.
O ile A Momentary Lapse Of Reason było krokiem do przodu, na The Division Bell zespół wraca do swoich korzeni. Nie oznacza to jednak regresu, tylko umiejętne wykorzystywanie i czerpanie ze wzorców, które wyznaczyli w latach 70. Mamy więc urokliwe, klimatyczne i perfekcyjnie zaaranżowane utwory ze znakomitymi solówkami mistrza Davida Gilmoura, który i tym razem zasiadł na stołku kompozytorskim. Z rewelacyjnym skutkiem.
Sam początek zapowiada, że będziemy mieć do czynienia z czymś wielkim. Cluster One rozpoczyna się od bliżej niezidentyfikowanych trzasków, jednak po chwili pojawia się piękny fortepianowy temat i wkracza TA gitara. To niesamowite, w jaki sposób Floydzi operują emocjami. Nie inaczej jest w What Do You Want From Me, w którym już mamy zaszczyt usłyszeć zazwyczaj ciepły i delikatny, a tym razem ostry i zadziorny głos Gilmoura. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj (jak i na całej płycie, co jest pewnym ewenementem w muzyce Pink Floyd) damski chórek, który znakomicie uzupełnia się z partiami Gilmoura, oraz niezwykle emocjonalna solówka (co akurat ewenementem nie jest). A jeśli już mowa o solówkach, to nie można nie wspomnieć o Marooned, bodaj najlepszym instrumentalnym utworze, jaki wyszedł spod palców Gilmoura. Niesamowity klimat przesycony dojmującym smutkiem plus fantastycznie wplecione w to odgłosy mew i szum morza. Mimo, że Pink Floydzi powtarzają swoje niektóre patenty, ani trochę to nie nudzi. Nie inaczej jest z Keep Talking, w którym zastosowano elektronikę, która w połączeniu z fantastycznym motywem gitarowym daje mistrzowski efekt. A o solówce chyba muszę wspominać. Bo w ogóle myślę, że The Division Bell jest płytą, na której Gilmour zagrał najlepsze (czyt. najbardziej emocjonalne) partie w całej swojej karierze. Najwspanialszym tego przykładem jest chyba Coming Back To Life, we wstępie którego mistrz wyczynia prawdziwe cuda. Ale instrumentarium Pink Floyd nie ogranicza się tylko i wyłącznie do gitar, o czym możemy się przekonać w pięknym A Great Day For Freedom, gdzie główną rolę odgrywa fortepian. Cieszy także fakt, że Rick Wright, który, tak jak Gilmour, jest obdarzony bardzo ciepłym głosem, także doszedł do mikrofonu, a dzieje się to w Wearing The Inside Out. Ciekawie wypadło także Take It Back, gdzie David gra prawie (chodzi o styl, nie umiejętności) jak The Edge z U2. Na koniec zostawiłem sobie High Hopes i to nie tylko z tych względów, że to kompozycja zamykająca całość. To po prostu najdoskonalszy utwór na tym albumie. Monumentalny, podniosły, po prostu wielki. Tak właśnie powinny kończyć się wybitne płyty.
Ogólnie rzecz biorąc, The Division Bell to dzieło geniuszu. Waters może się schować. MICHCIK
|