Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30499 osób
Powered by blog 4u |
Niesłuszne oskarżenia

Richard Ashcroft
Alone With Everybody
2000
A Song For The Lovers; I Get My Beat; Brave New World; New York; You On My Mind In My Sleep; Crazy World; On A Beach; Money To Burn; Slow Was My Heart; C'mon People (We're Making It Now); Everybody
ocena: 4,5
Oczekiwania w stosunku do tej płyty były ogromne. Nic dziwnego, w końcu coś tak wielkiego, jak Urban Hymns, mogło dać prawo do myślenia, że następny album sygnowany nazwiskiem byłego wokalisty The Verve też powinien taki być. Tym bardziej, że ostatni album zespołu to w zdecydowanej większości samodzielne kompozycje Ashcrofta. Poza tym wiemy, że muzycy, którzy decydują się na opuszczenie swojej formacji i rozpoczynają karierę solową, często rozwijają skrzydła. Więc dlaczego tak samo miałoby nie być z jednym z największych artystów lat 90.?
Niestety, Alone With Everyody, pierwsza płyta nagrana bez macierzystej formacji, rozczarowała zarówno krytykę, jak i fanów. Tym bardziej, że Ashcroft rozbudził apetyt serwując nam przed wydaniem albumu coś tak genialnego, jak A Song For The Lovers. Kiedy płyta już ukazała się na rynku, praktycznie wszyscy wyklęli wokalistę The Verve za wygładzenie brzmienia, błahe teksty, monotonię, brak pasji, przewidywalne melodie – praktycznie za wszystko, co było można. Więc jak to jest z tą płytą?
Już po jej pierwszym przesłuchaniu kompletnie nie rozumiałem tych oskarżeń. Wydawały mi się bezpodstawne i wręcz idiotyczne. Bo Alone With Everybody to naprawdę świetna rzecz. Prawda, piosenki są bardziej popowe i łatwiej wpadające w ucho, niż te nagrane z The Verve, ale czy można robić z tego zarzut? Uważam, że to nawet świadczy o klasie artysty, że ambitną melodię potrafi wpleść do przebojowego podkładu. Tak właśnie jest z tą płytą. Nie ma tutaj rockowego pazura i czadu The Rolling People czy Come On, ale i tak momentami Ashcroft trochę przyłożył. Chociażby w New York – jednej z najlepszych piosenek w zestawieniu. Co jeszcze się zmieniło? Emocje. Nie chodzi o to, że te piosenki nie oddziałują (mimo wszystko) na słuchacza tak, jak dokonania The Verve, tylko o to w jaki sposób to robią. Ashcroft postawił tutaj na spokój, wyciszenie i błogą atmosferę. Najlepszym przykładem tego, jaką drogą podążył na tym albumie, jest On A Beach. Pełen relaks i swoboda… Na uwagę zasługuje również głos frontmana The Verve – jest bardziej wyeksponowany w stosunku do wcześniejszego dorobku i brzmi jeszcze lepiej niż wcześniej. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś inny mógł lepiej zaśpiewać te utwory. Kolejna rzecz – aranżacje. Są bardziej przystępne i przyswajalne, niż za The Verve (wspomniałem już wcześniej o popowej produkcji), co może akurat nie świadczy na plus o albumie, ale na pewno nie można mieć o to do artysty pretensji, że akurat tak zdecydował.
No dobra, a piosenki? Praktycznie bez wyjątku rewelacyjne. Absolutnie zjawiskowe, klimatyczne, uduchowione i o wiele bardziej intymne, niż wcześniej. W zasadzie nie ma tu ani jednego słabszego, niepotrzebnego utworu. Wszystko składa się na fantastyczną całość. Ashcroft po raz kolejny zabiera nas w niezwykłą muzyczną podróż po magicznych krainach, które z każdym nowym przesłuchaniem nabierają piękna… Najlepsze momenty? Zdecydowanie wspomniane już A Song For The Lovers (po prostu cudo), New York i On A Beach, a oprócz tego I Get My Beat, Brave New World, You On My Mind In My Sleep i zamykające całość Everybody.
Co z tego, że wszystkie piosenki są stylistycznie do siebie zbliżone, że są zaśpiewane w podobny sposób, że (pozornie) nic się tu nie dzieje, że nie ma tutaj tak wielkich rzeczy, jak na Urban Hymns, że to wszystko bardziej popowe i mniej emocjonalne? Ważne, że Ashcroft swoim pierwszym (i najlepszym) solowym albumem po raz kolejny udowodnił, że jest naprawdę genialnym twórcą. Może Alone With Everybody nie ekscytuje tak bardzo, jak utwory The Verve, ale czy musi? Czy za każdym razem musimy dostawać coś wybitnego i wiekopomnego? Ważne, że dostaliśmy zbiór naprawdę świetnych i wyjątkowych piosenek. Aż jedenastu. MICHCIK
|