STREFA MUZYKI
|
|||||
menu |
księga gości |

Robert Gawliński
Kalejdoskop
2010
Grey; Grey (coda); Porywisty wiatr; Tuareg; W cieniu ciszy; Natura zła; Kalejdoskop bardo; Anioł Miriam; Basquiat; Księga zdarzeń; Grzesznicy; Grzesznicy (coda)
ocena: 3,5
Cieszę się, że Robert Gawliński zdecydował się ponowić solową działalność. Tym bardziej, że ostatni album Wilków, Obrazki, był świadectwem muzycznego banału i szczerze mówiąc miałem serdecznie dosyć tego zespołu. Możecie się zdziwić, że poczułem tak dopiero przy okazji Obrazków, a nie wcześniej, ale mimo wszystko, 4 i Watra były niezłymi albumami. Co prawda komercyjnymi jak diabli, ale przyzwoitymi. Jednak przez cały czas po cichu liczyłem na powrót solowego Gawła. Bo Gawliński solo to inna sprawa. Wydaje się, że Robert bez macierzystego zespołu nie odczuwa komercyjnej presji, po prostu tworzy to, co mu w duszy gra, bez względu na to, czy rozgłośnie radiowe to kupią, czy nie. Rzecz jasna, rozgłośnie lubią Gawlińskiego także w wydaniu solo, bo w gruncie rzeczy to klimaty zbliżone do Wilków. Solo, Kwiaty jak relikwie, X i Gra udowodniły, że Gaweł bez zespołu jest nawet lepszy, a na pewno równiejszy i spójniejszy (nie było miejsca na kontrast stylistyczny i artystyczny pomiędzy debiutem Wilków, a Przedmieściami). Ale dość tego przydługiego wstępu. Jak jest tym razem?
Z ulgą donoszę, że jest nieźle. Co prawda cały czas forma nie ta, co w latach 90, ale do tego już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Najważniejsze, że jest o niebo lepiej, niż na ostatnim krążku z Wilkami. Bardziej urokliwie, dojrzalej, ciekawiej tekstowo, ambitniej. Rzeczą, która przykuwa uwagę od samego początku, to wysmakowane aranżacje i fantastyczna produkcja. Słowem, klasa światowa. A sama muzyka? W większości stonowana, refleksyjna. Tylko momentami Robert pozwala sobie na mocniejszy akcent brzmieniowy. Jeśli chodzi o instrumentarium, główną rolę odgrywa gitara akustyczna, do której czasami dołącza elektronika, a nawet sekcja smyczkowa uszlachetniająca kompozycje. Otwierający całość Grey z linijką Dokąd zmierzamy, bracie?, nawiązującą do tytułu wiadomego utworu z Solo, ma w sobie dużo lekkości, uroku i charakterystycznego, "gawlińskiego" klimatu. Jednak kawałek ten został skontrastowany przez instrumentalną codę o zaskakującym ładunku emocjonalnym, jednostajnym rytmie i obezwładniającej, gitarowej ścianie dźwięku (aczkolwiek końcówka jest już akustyczna). Nie spodziewałem się po Robercie takiego hałasu. Następny w kolejności Porywisty wiatr również wciąga, przede wszystkim ze względu na świetną melodię i przekonujące wzmocnienie na wysokości refrenu. Czuć pasję z lat 90. Tuareg przynosi nieco orientalny klimat za sprawą charakterystycznych partii smyczków, które zostały jednak zestawione z elektryczną zagrywką. Natomiast W cieniu ciszy urzeka delikatnością, podkreśloną błogim refrenem, ze znakomitą akustyczną partią gitary. Kilka następnych kompozycji nieco odstaje poziomem od poprzedników, jednak doskonale wpisuje się w zadumany klimat całości (warto zwrócić uwagę na nieco dancingowe Anioł Miriam). Basquiat to jedyny utwór zaśpiewany po angielsku, co niestety nie wyszło na korzyść, bo wymowa Roberta pozostawia sporo do życzenia (dziwne, bo Son Of The Blue Sky i inne anglojęzyczne piosenki Gaweł śpiewał bez większych zarzutów). Jednak sama kompozycja odznacza się wielkim kunsztem i zasługuje na pochwałę, tak jak i Grzesznicy, które zostało wytypowane na pierwszy singiel. Wybór jak najbardziej słuszny, bo to najbardziej przebojowy moment tego, w gruncie rzeczy najmniej nośnego w karierze Roberta, albumu. Kompozycją wieńczącą Kalejdoskop jest kolejna instrumentalna coda, jeszcze bardziej zaskakująca, niż pierwsza, a to z kilku względów. Jednym z nich jest fakt, że utwór ten trwa 12 minut! To czyni z niego najdłuższy kawałek w całej historii Gawlińskiego i Wilków. Jednak najbardziej zdumiewająca jest sama muzyka, którą można określić mianem.. psychodelii zmieszanej z post-rockiem. Nigdy, może poza Kocham niewinność, nie słyszeliśmy u Roberta takich dźwięków. Nasuwają mi się skojarzenia z The Verve i improwizacjami Myslovitz, a nawet Explosions In The Sky. Efekt? Naprawdę imponujący, a biorąc pod uwagę resztę Kalejdoskopu i w ogóle całą twórczość Gawlińskiego, można mówić o przełomie. Wspominałem coś o obezwładniającej, gitarowej ścianie dźwięku? Tutaj mamy ją w wersji deluxe. Najważniejsze, że to nie tylko intrygujący eksperyment, ale również, a raczej przede wszystkim, hipnotyzująca muzyczna uczta. Nie boję się użyć słów: wielki finał. Nie pogardziłbym, gdyby Robert poszedł w podobnym kierunku.
Podsumowując, najnowsze dzieło Gawlińskiego to kawał porządnego, w większości spokojnego, gitarowego grania. Mimo, że Robert w wielu miejscach sięga po znane, charakterystyczne dla siebie patenty, potrafi również bardzo zaskoczyć, i to na plus. Warto było czekać te 11 lat na ponowienie kariery solowej.
MICHCIK