Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Bez emocji

Placebo
Battle For The Sun
2009
Kitty Litter; Ashtray Heart; Battle For The Sun; For What It's Worth; Devil In The Details; Bright Lights; Speak In Tongues; The Never-Ending Why; Julien; Happy You're Gone; Breathe Underwater; Come Undone; Kings Of Medicine
ocena: 2,5
Od czasu Black Market Music, Placebo konsekwentnie wydają kolejne albumy co trzy lata. Nie inaczej jest z nowym wydawnictwem grupy, Battle For The Sun, ważnym z kilku powodów. Po pierwsze, jest to pierwszy krążek z udziałem Steve'a Forresta, który zastąpił długoletniego perkusistę, Steve'a Hewitta. Poza tym, według zapowiedzi muzyków, nowa płyta miała być mocniejsza brzmieniowo od Meds i stanowić spójną lirycznie całość. Najbardziej zaskakujące było jednak oświadczenie, jakoby trio nagrywało najbardziej radosne dzieło w swoim dorobku. Przyznam, że te obietnice bardzo mnie cieszyły, ponieważ Meds utwierdziło mnie w przekonaniu, że stara formuła zespołu stała się nieco hermetyczna i wymagała odświeżenia. Jednakże kierunek tej przemiany niezbyt mnie zadowolił.
Najprościej rzecz ujmując, Placebo popadło w banał. Oprócz kilku wyjątków, nowe kompozycje nie mają w sobie za grosz pomysłowości, emocjonalności i walorów artystycznych cechujących poprzednie dokonania grupy. Molko i spółka zwrócili się w stronę komercji, najwyraźniej zapominając jak pisze się dobre melodie. Co prawda, niektóre utwory, takie jak Kitty Litter, Come Undone, czy numer tytułowy, są mocno zakorzenione w stylistyce grupy, jednakże zdecydowana większość materiału z Battle For The Sun stanowi wspomniany wyżej przełom. Najtrudniej przebić się przez pierwsze cztery piosenki. Naprawdę lepiej zapomnieć o zwyczajności Kitty Litter, szczeniackości i irytujących hiszpańskich zaśpiewach w Ashtray Heart, ociężałości numeru tytułowego i nieprzekonującym skutku desperackiej chęci zrobienia hiciora noszącym nazwę For What It's Worth. Doprawdy, trudno uwierzyć, że to ten sam zespół, który kiedyś tworzył tak przejmujące i zaskakujące utwory, jak Without You I'm Nothing, Special K, czy The Bitter End. Ciekawiej robi się dopiero za sprawą emocjonalnego (w końcu!), tajemniczego, pięknego Devil In The Details z mistrzowskim wzmocnieniem na wysokości refrenu. To chyba jedyny numer, który może konkurować z dawnymi majstersztykami. Do innych udanych momentów można zaliczyć także Bright Lights za sprawą przestrzennej, błogiej partii gitary. O tym, że obietnice o masywniejszym brzmieniu zostały spełnione, przekonują chociażby The Never-Ending Why czy Breathe Underwater. Jednak nie oznacza to, że mamy do czynienia z bardziej rockowym graniem, wręcz przeciwnie – z racji prostackich, przesłodzonych, często nawet kiczowatych melodii, Molko i spółka zbliżyli się do popu bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej (szczególnie w Ashtray Heart). Poza tym, te rzekomo rockowe wymiatacze to najczęściej bezsensowne łupanki, które mógłby skomponować jakiś początkujący band, a nie zespół z pięcioma albumami na koncie. O beatowym wstępie i melorecytacji w Julien nawet nie ma co wspominać. Balladowe Happy You're Gone jest aż nazbyt typowe dla Placebo, co naprawdę może irytować. Na szczęście końcówka w postaci mrocznego Come Undone i beztroskiego, bodaj najweselszego w historii zespołu Kings Of Medicine sprawia ciekawsze wrażenie, chociaż bardzo daleko im do ideału.
Wiele do życzenia pozostawia również czynnik, który do tej pory w znaczącym stopniu decydował o wyjątkowości Placebo – wokal Briana. Tym razem w głosie lidera czuć wyraźne zmęczenie i brak zaangażowania. W wyższych rejestrach (odsyłam do niektórych momentów Kitty Litter i Happy You're Gone) Molko po prostu sobie nie radzi.
Dokąd właściwie zmierza Placebo? Gdzie podziały się dojrzałość i profesjonalizm Sleeping With Ghosts? Czy to jeszcze rock, czy już pop? Dlaczego Molko zaczął popadać w banał? Czy zastrzyk młodej krwi w postaci nowego perkusisty zmienił cokolwiek na lepsze? Co stało się z emocjonalnością, niegdysiejszym znakiem firmowym kapeli? Do kogo właściwie skierowana jest ta płyta? Czy można spodziewać się po Placebo jeszcze jakiegoś wizjonerskiego dzieła? Odpowiedzi na te i inne nękające zapewne wielu fanów pytania nie są znane. Pewne jest jedno: Battle For The Sun to najbardziej nierówna i zdecydowanie najgorsza płyta Placebo. Jeszcze smutniejsze jest to, że wyrywkowo nie słucha się tego aż tak źle, jednak po zebraniu wszystkiego razem, powstaje wyjątkowo nieprzyjemna dawka kompozycyjnej przeciętności.
Żegnaj wspaniały, oryginalny zespole, witaj maszynko do robienia kasy. MICHCIK
| || kasia smith ||
|
Przesłuchiwałam tej płyty tylko jeden raz i przyznaję - ten krążek nie zachwyca wcale. Nie dość, że jest nijaki i, jak to określiłeś, skomercjalizowany, dla mnie w dodatku sprawia wrażenie dziwnie optymistycznego. Dziwnie dlatego, gdyż dla Placebo taki pozytywny czy wręcz radosny styl jest moim zdaniem sztuczny i nieodpowiedni, zwyczajnie nie pasuje mi do zespołu, który kocham za smutne i przygnębiające, acz bardzo urokliwe, melodie i teksty.
Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś powróci to stare, genialne Placebo! |
|| brak www || data: 9/08/2009 16:49:32
bvj28.neoplus.adsl.tpnet.pl || IP: 83.29.207.28
|
|