Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Obrońcy rock'n'rolla

Kings Of Leon
Only By The Night
2008
Closer; Crawl; Sex On Fire; Use Somebody; Manhattan; Revelry; 17; Notion; I Want You; Be Somebody; Cold Desert
ocena: 4
Pamiętam dokładnie powód, dla którego sięgnąłem po czwarty album Kings Of Leon – Sex On Fire. Kiedy zobaczyłem w MTV2 teledysk do tego numeru, wbiło mnie w fotel. Niesamowita energia i ekspresja oraz porywająca melodia (ten refren!) w połączeniu z rewelacyjnym, prawdziwie rockowym i ekspresyjnym wokalem Caleba Followilla znalazły w tym kawałku swoje najwspanialsze ujście. Miałem tylko nadzieję, że reszta piosenek z Only By The Night nie będzie wyłącznie dodatkiem do jednego hitu.
Sam początek płyty rozwiewa wszelkie wątpliwości. Closer to mroczna, hipnotyczna i nieco jazgotliwa dawka rocka na najwyższym poziomie. W śpiewie Caleba czuć tyle pasji i zaangażowania, jakby od nut, które wyśpiewuje, miało zależeć jego życie. Tak zresztą jest na całym albumie. Albumie, który stanowi przełom w twórczości Kings Of Leon. Podstawową zmianą w stosunku do wcześniejszych dokonań czwórki Followillów (rodzinna kapela) jest wygładzenie produkcji. To już nie jest tylko i wyłącznie szczeniacki jazgot, tym razem mamy do czynienia z przebojowymi, dojrzałymi kompozycjami. Rzecz jasna to nie znaczy, że zespół zaczął grać jakiegoś ugrzecznionego pop-rocka. Chodzi o to, że Kings Of Leon już nie wystrzegają się numerów, które mogłyby polubić rozgłośnie radiowe. Ktoś może powiedzieć – sprzedali się. Mi ani trochę nie przeszkadza, że grupa nieco zmieniła oblicze na rzecz bardziej przystępnego. Tym bardziej, że utwory, które znalazły się na Only By The Night biją na głowę wcześniejsze dokonania zespołu. A że przy okazji odnieśli komercyjny sukces? Czy naprawdę trzeba czynić zarzut z tego, że Kingsi chcieli w końcu zaistnieć na rynku?
Absolutnie nie, tym bardziej, że (jak już wspominałem) napisali naprawdę wyśmienite piosenki. Jedną z nich jest drugi singiel, Use Somebody (który wraz z Sex On Fire stał się naprawdę wielkim przebojem). Słuchając go, aż się nie chce wierzyć, że mamy do czynienia z zespołem amerykańskim. Na tym właśnie polega druga zmiana - czuć w muzyce Kings Of Leon brytyjski styl komponowania. Osobiście jestem tym zachwycony. Innymi godnymi polecenia punktami płyty są pełen emocji Manhattan z cudownie brzmiącymi gitarami, luźny w wyrazie Notion, balladowy, urokliwy Revelry i mocny Crawl. Nie można także zapomnieć o zamykającym całość, najdłuższym w zestawie Cold Desert. Wyciszony, nieco psychodeliczny numer z piękną ścianą gitar. Reszta dopełnia całości i idealnie wpisuje się w klimat tego niezwykle udanego krążka.
Koniunkturalizm? Nawet jeśli, ani trochę mi to nie przeszkadza. Tym bardziej, że (mimo złagodzenia brzmienia) Kings Of Leon, jako jedni z nielicznych, są obecnie ostoją prawdziwego rock'n'rolla.
Zdecydowanie jedna z najlepszych płyt zeszłego roku.
MICHCIK
|