Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Bez iskry

U2
No Line On The Horizon
2009
No Line On The Horizon; Magnificent; Moment Of Surrender; Unknown Caller; I'll Go Crazy If I Don't Go Crazy Tonight; Get On Your Boots; Stand Up Comedy; Fez – Being Born; White As Snow; Breathe; Cedars Of Lebanon
ocena: 3
Powrót U2 zawsze jest wydarzeniem. Nie inaczej jest z premierą No Line On The Horizon, dwunastej w karierze płyty irlandzkiego kwartetu. W końcu U2 uznaje się powszechnie za "największy rockowy zespół świata". Nawet, jeśli faktycznie tak jest, nowy album tego nie potwierdza.
Tym razem Bono i spółka kazali czekać na swój krążek najdłużej w karierze (How To Dismantle An Atomic Bomb ukazało się w 2004 roku). Przez ten czas grupa zdążyła nawiązać współpracę ze słynnym producentem Rickiem Rubinem, lecz efekty sesji z jego udziałem zostały odrzucone. Osobami odpowiedzialnymi za produkcję No Line On The Horizon zostali ostatecznie starzy znajomi: Brian Eno, Daniel Lanois i Steve Lillywhite. Tak jest, ci sami, którzy mieli swój niewątpliwy wkład w powstawanie i brzmienie tak klasycznych płyt U2, jak The Unforgettable Fire, The Joshua Tree, czy Achtung Baby. Mimo usilnych (zapewne) starań zespołu i wspomnianej trójki, nie powstał jednak album, który mógłby równać się z tamtymi arcydziełami. Rzecz jasna, "Blender", "Q" i "Rolling Stone" zdążyli już wystawić nowemu dokonaniu U2 maksymalne oceny, ale dajcie się omamić. No Line On The Horizon to bardzo zwyczajna i po prostu niespecjalnie porywająca płyta. Mająca co prawda kilka udanych momentów, ale to zdecydowanie za mało, żeby móc zachwycać się całością. Przyjrzyjmy się sprawie z bliska.
Na początek numer tytułowy. Mroczny, dość mocny i naprawdę ciekawy. Oczywiście nie jest to opener na miarę Where The Streets Have No Name, ale utwór pozostawia po sobie dobre wrażenie. Tak samo, jak następne trzy, czyli przestrzenny, okraszony elektronicznymi smaczkami, przebojowy Magnificent, kojący Moment Of Surrender i wyciszony Unknown Caller. Trzeba przyznać, że początek albumu jest zarazem jego najlepszą częścią. Myślę, że nie bez znaczenia jest fakt, że współtwórcami wyżej wymienionych kompozycji są Eno i Lanois. I tak jest w przypadku większości piosenek na No Line On The Horizon. Te kawałki, które U2 napisali samodzielnie, w porównaniu z resztą wypadają naprawdę miałko i kompletnie bezbarwnie. Weźmy takie I'll Go Crazy If I Don't Crazy Tonight, z barwą gitary (wstęp!) zapożyczoną z Sing The Changes Paula McCartneya i Youtha. Popowa słodycz, banalna linia melodyczna, zero głębszych emocji, których wymaga się od U2. Znając życie, trafi na następny singiel. A skoro już o singlach mowa, kompletnie nie rozumiem tego, że Get On Your Boots promuje ten krążek. Zaryzykuję twierdzenie, że to jedna z najgorszych kompozycji sygnowanych nazwą U2. Następne w kolejności Stand Up Comedy z mało oryginalnym i najzwyczajniej w świecie marnym riffem, też nie rzuca na kolana. I ani trochę nie podoba mi się to puszczanie oka do amerykańskich słuchaczy, które jest wyraźnie słyszalne w tym numerze. Od razu czuć w tym chwyt marketingowy. Tak samo jest z Breathe, chociaż poziom już lepszy. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o piosenki napisane wyłącznie przez U2. W pozostałych trzech znowu pomagają Eno i Lanois. Fez – Being Born rozpoczyna się nieco psychodeliczną impresją (na którą składa się między innymi fragment melodii Get On Your Boots), by po minucie zbyt brutalnie (nie rozumiem tego dziwnego przejścia) przekształcić się w gęstą, gitarową pieśń z charakterystycznymi, acz nieco banalnymi okrzykami Bono. White As Snow to prosta balladka, która nie przeszkadza, ale też nie powala. Po tym wszystkim czas na godny uwagi finał, czyli Cedars Of Lebanon z mistycznym klimatem, delikatną partią gitary akustycznej i natchnioną, niezwykle nastrojową recytacją Bono. Nie można tu mówić o jakimś arcydziele, ale to z pewnością jeden z najlepszych momentów (jeśli nie najlepszy) tej wyjątkowo nierównej płyty.
Wydaje się, że U2 zaczynają już zjadać własny ogon. To, że w kilku momentach ocierają się o autoplagiat, nie świadczy dobrze o ich kondycji twórczej. No Line On The Horizon brak magii i pasji, które charakteryzowały wcześniejsze dokonania zespołu (chociaż nie wszystkie). Czuć na nim zmęczenie i częściowe wypalenie, chociaż kilka razy możemy się przekonać, że Bono i koledzy potrafią napisać naprawdę ciekawy numer. Oczywiście, jak zwykle, jest wydarzenie, ale tym razem wydaje się, że jest ono spowodowane wyłącznie faktem, że U2 wydali płytę, niż samą zawartością. Ale mimo wszystko 3.MICHCIK
|