Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Bezsensowny łomot

Smashing Pumpkins
Zeitgeist
2007
Doomsday Clock; 7 Shades Of Black; Bleeding The Orchid; That's The Way (My Love Is); Tarantula; Starz; United States; Neverlost; Bring The Light; (Come On) Let's Go!; For God And Country; Pomp And Circumstances
ocena: 2,5
Przypatrzyłem się ostatnio ocenom, jakie dawałem płytom zamieszczonym na mojej stronie i stwierdziłem, że najniższa z nich to 3,5, co znaczy "dobre". Możliwe, że wielu z Was pomyślało: "E tam, pewnie wszystko mu się podoba, skoro tak wysoko ocenia". Otóż tak nie jest. Przyczyna tego zjawiska jest bardzo prosta. Zakładając Strefę Muzyki, jednym z moich założeń było, że mają się w niej znajdować albumy, które uważam za co najmniej dobre. Uznałem, że nie ma sensu pisać o złej muzyce, bo kto by się nią przejmował? Ważna jest muzyka, która ekscytuje, a nie irytuje. Jednak tym razem postanowiłem trochę nagiąć obraną przeze mnie konwencję i napisać o czymś, co bynajmniej mnie nie zachwyca – pokazać drugą stronę medalu. Ale do rzeczy.
Oficjalne potwierdzenie odrodzenia Smashing Pumpkins było nie lada powodem do radości. Wspaniale było mieć świadomość, że jeden z najważniejszych zespołów lat 90. nadal jest z nami i na dodatek nagrywa nowy album. Przed premierą krążka, Corgan i spółka uraczyli nas singlem Tarantula. Poziom kawałka nie rokował dobrze, ale nie było powodu, żeby od razu się zrażać – przecież reszta może być świetna. Niecały miesiąc potem światło dzienne ujrzał pierwszy album Dyń od 2000 roku zatytułowany sugestywnie Zeitgeist (z niemieckiego Duch Czasu). I niestety bolesna prawda stała się faktem.
Wiadomo, to nie pierwszy tego typu przypadek, że słynna kapela postanawia znowu się zejść i zamiast wiekopomnego dzieła, dostajemy jakiegoś gniota. Ale to nie oznacza mniejszego zawodu. Wręcz przeciwnie. Bo uważam, że poprzednia płyta Pumpkins (Machina/The Machines Of God) wbrew temu, co o niej sądziła krytyka, była naprawdę ciekawa. Momentami nawet zachwycająca. Zeitgeist nie posiada nawet promila uroku swojej poprzedniczki (nie mówiąc już o pięknym Adore). Okej, może przesadziłem, bo w końcu mamy tutaj niesamowite Bleeding The Orchid, które można określić mianem hymnu rozpaczy i które może konkurować z najlepszymi utworami Smashing Pumpkins. Ale jedna kompozycja nie ratuje płyty. Bo oprócz wyżej wymienionego kawałka, Zeitgeist nie ma wiele do zaoferowania. A tak po prawdzie nie ma do zaoferowania w prawie nic.
Widocznie Corgan myślał, że jak przyłoi gitarą, to wystarczy. Bo to najostrzejszy album, jaki stworzył. I naprawdę można by było się z tego cieszyć, gdyby nie to, że najzwyczajniej w świecie skończyły się mu pomysły na melodie. A w takim wypadku nawet mocne brzmienie na niewiele się zda. O tym, że forma kompozytorska twórcy Disarm, Tonitght, Tonight i 1979 pozostawia wiele do życzenia, świadczy już sam początek. Doomsday Clock to ponad 3 i pół minuty bezsensownej młócki nie popartej żadną wyrazistą linią melodyczną. Może bardziej zapadający w pamięć refren choć trochę przypomina o dawnej świetności grupy, ale to o wiele za mało. Zresztą, głos lidera także nie zachwyca (szczerze mówiąc, momentami bardziej przypomina skrzypienie, niż śpiew). Następne w kolejności 7 Shades Of Black jest jeszcze gorsze. To utwór całkowicie wyjałowiony z emocji i artystycznego polotu. Muzycy starają się nadrobić brak pomysłów pseudo-ekspresyjnymi riffami, ale nawet to nie wychodzi im dobrze (Jeff Schroeder, nowy gitarzysta, nie dorasta do pięt Jamesowi Iha). Neverlost pewnie w założeniu miało być natchnioną, liryczną i wzruszającą pieśnią, ale wyszła z tego wyjątkowo ciężkostrawna dawka wszechobecnej nudy. Udanych momentów jest jak na lekarstwo. Niezłe wrażenie pozostawia po sobie szybkie i przyjemne, aczkolwiek nieco prymitywne Bring The Light. That's The Way (My Love Is) ma fajną ścianę dźwięku, ale kiedy Corgan wchodzi ze swoją wybitnie beznamiętną melodią, nie da się słuchać. Natomiast For God And Country intryguje wciągającą warstwą instrumentalną i pewną dozą tajemniczości. Zamykające całość, marzycielskie Pomp And Circumstances może urzekać lekkością, ale zupełnie nie przekonują mnie te wszystkie zabiegi produkcyjne (mam na myśli zwielokrotnione harmonie nałożone na głos Corgana – pewnie metoda na ukrycie niedociągnięć wokalisty). Reszta... O reszcie nie ma nawet co mówić.
Wieszam psy po tym albumie i to niemiłosiernie, a w gruncie rzeczy, jakby zapomnieć o dotychczasowym dorobku, to całkiem przyzwoity (jak na dzisiejsze czasy) kawał mocnego rocka. Ale samo to niestety nie wystarcza. Zeitgeist jest świadectwem zmęczenia i muzycznego wypalenia. Nie jest kompletną porażką, ale daleko mu do chociażby niezłego poziomu. Gdyby Corgan i reszta dali sobie spokój po Machinie, zostaliby w naszej pamięci jako świetny zespół. Teraz pozostaje tylko i wyłącznie pogrzebany potencjał oraz ogromny niedosyt. MICHCIK
|