Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Mistrzowski powrót

The Verve
Forth
2008
Sit And Wonder; Love Is Noise; Rather Be; Judas; Numbness; I See Houses; Noise Epic; Valium Skies; Columbo; Appalachian Springs
ocena: 4,5
Ostatnimi czasy panuje moda na powroty wykonawców, którzy, mogłoby się wydawać, definitywnie zawiesili swoją działalność. Wymieniać można w zasadzie bez liku. Lecz niestety, w wielu przypadkach nie zaprezentowali żadnego premierowego materiału (chociażby The Police), a jeśli już nagrywali płyty, rozczarowywali (bolesny przypadek Smashing Pumpkins).
I oto w ubiegłym roku, zupełnie nieoczekiwanie, świat obeszła informacja o reaktywacji The Verve, według (pewnie nie tylko) mnie najlepszego zespołu lat 90. A warto przypomnieć słowa Richarda Ashcrofta, który zarzekał się, że powrót jego formacji jest mniej prawdopodobny, niż to, że czwórka Beatlesów znowu zagra razem. Doskonały przykład, że lepiej nigdy nie mówić nigdy.
Wiem, co sobie pomyślicie – skoro uważam The Verve za najlepszą kapelę świata, pewnie podejdę do ich najnowszego dzieła zupełnie bezkrytycznie. Otóż nie. Miałem wobec nich ogromne wymagania. W końcu w 1997 roku wydali album dekady – wielkie Urban Hymns, które przeniosły ich na zupełnie nową orbitę. Stworzenie czegoś tak genialnego może dawać prawo do myślenia, że następne dokonanie też powinno takie być. Oczywiście, nagranie dwóch arcydzieł pod rząd graniczy niemal z cudem (chyba tylko Sigur Rós udała się ta sztuka), tym niemniej, oczekiwania są. Ashcroft miał już swoją szansę i po części ją wykorzystał (Alone With Everybody), ale niestety potem było już tylko gorzej (Human Conditions i Keys To The World), a trzeba przecież pamiętać, że większość materiału z Miejskich Hymnów napisał właśnie on. Więc skoro jego ostatnie dwa krążki były, napiszmy to wprost, przeciętne, to czy jest szansa, żeby nagrał jeszcze coś dobrego?
I w tym miejscu trzeba wypisać te nazwiska: Nick McCabe, Simon Jones, Peter Salisbury. Pozostali, już nie tak charyzmatyczni, ale równie ważni członkowie The Verve. Bo to w końcu zespół. Widocznie Ashcroft uznał, że, mimo wszystko, potrzebuje pomocy swoich dawnych kolegów z zespołu. I pomogli.
Nie wiem jak to się dzieje, ale kiedy wyżej wymieniona czwórka tworzy coś razem, powstają rzeczy magiczne. Nie inaczej jest z Forth. W zasadzie, gdyby ktoś nie wiedział, że to płyta nagrana po 11 latach milczenia, mógłby pomyśleć, że nie było żadnego rozpadu. Jeśli chodzi o sposób komponowania i aranżowania, The Verve nie zmienili się w zasadzie ani o jotę. To dalej piękne, przestrzenne, natchnione kompozycje pełne mistycyzmu i niesamowitych emocji z tym charakterystycznym (i lepszym, niż kiedykolwiek) wokalem Ashcrofta i kosmicznymi, psychodelicznymi partiami gitary McCabe'a. Fakt, że jesteśmy w XXI wieku uzmysławia nam tylko produkcja (swoją drogą naprawdę znakomita).
Wiadomo, w tym przypadku początek jest kluczowy. Jak przywitać się ze słuchaczami po tylu latach tak, żeby to zapamiętali i zostali wciśnięci w fotel? Rozpocząć płytę od Sit And Wonder. To najlepsze wejście, jakie mogli nam zgotować. Kiedy grali to na koncertach, był to tylko mocny, wyrazisty i dobry kawałek. W studiu przeobraził się w podniosły hymn. Warstwa instrumentalna w porównaniu z hipnotycznym głosem Ashcrofta daje powalający efekt. Singlowe Love Is Noise to największe zaskoczenie spośród wszystkich kawałków. Chyba nigdy nie mieliśmy okazji usłyszeć u The Verve tak zmasowanej elektroniki i tak tanecznego beatu. Słychać, że Ashcroft przemycił tutaj trochę patentów ze swoich solowych płyt (ta nośność i nieco popowy klimat), ale zostały doprawione niesamowitą dawką energii i zadziorności, przez co słucha się wyśmienicie. I w tym miejscu trzeba zaznaczyć, że kolejne utwory już nie są takie, jak dwa pierwsze – są świetne, ale nie wybitne (gdyby cały album trzymał poziom Sit And Wonder i Love Is Noise, byłoby arcydzieło). Rather Be, w głównej mierze zagrane na fortepianie i które mogłoby się spokojnie znaleźć na Urban Hymns, to idealne rozluźnienie po dość mocnym początku płyty. Natomiast zwiewne Judas to wciągające nawiązanie do psychodelicznego klimatu A Storm In Heaven, tylko w bardziej piosenkowym, przystępniejszym wydaniu. Numbness przywodzi na myśl Pink Floyd z okresu The Dark Side Of The Moon (konkretnie mam na myśli repryzę Breathe, następującą po właściwej części Time). Wspaniałe, gitarowe wycieczki McCabe'a po prostu zniewalają. I See Houses mogłoby się znaleźć na którymś z solowych albumów Ashcrofta. Wraz z Noise Epic powraca geniusz. "Gadane" partie Ashcrofta przeplatane z wybuchowym, energetycznym refrenem to prawdziwy majstersztyk. A kiedy się wydaje, że już po wszystkim, wkracza porywająca, dwuminutowa młócka. Może trochę chaotyczna, ale zwalająca z nóg. The Verve chyba nigdy nie grali tak ostro (nawet Come On takie nie było). No i te szamańskie krzyki Ashcrofta, które robią piorunujące wrażenie. I got spiriiiiiiit! A potem pobudka: Wake up, wake up, wake up... I koniec. Ale oczywiście koniec utworu, a nie płyty, bo dalej w kolejności mamy Valium Skies zbliżone klimatycznie do Lord, I Guess I'll Never Know, które było na niektórych wydaniach Urban Hymns. Psychodeliczne Columbo, które jest wyraźnie podzielone na dwie części, brzmi jak odrzut z sesji do A Northern Soul – najlepszy odrzut na świecie. I czas na zakończenie godne największego zespołu świata – Appalachian Springs. Zdecydowanie najpiękniejsza rzecz, jaka znalazła się na Forth. Siedem i pół minuty obcowania z boskością. Tęsknota, nostalgia, pasja, rozmach... Rozrywa na strzępy i to nawet bardziej, niż takie Let Down z OK Computer. Solitude, my sacred mood...
Przyznam, że nie spodziewałem się, że Ashcroftowi i spółce wyjdzie coś tak powalającego. Coś, co momentami może konkurować nawet z Urban Hymns. To wspaniale, że możemy być świadkami najlepszego powrotu, jaki mogliśmy sobie wymarzyć. The Verve znowu rozstawili wszystkich po kątach. Tylko pytanie, czy doczekamy się ich kolejnego dzieła? Ashcroft już zapowiada kontynuację solowej kariery. Miał rację, śpiewając, że życie to słodko-gorzka symfonia. Na szczęście dzięki takim albumom, jak Forth, można wierzyć, że jednak zaznajemy więcej słodkości.
Doskonale, że jesteście z nami, panowie. Dzięki za płytę roku. Miejmy nadzieję, że jeszcze się usłyszmy i to wcześniej, niż za kolejne 11 lat. MICHCIK
|