Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Obiekt kultu

The Stone Roses
The Stone Roses
1989
I Wanna Be Adored; She Bangs The Drums; Waterfall; Don't Stop; Bye Bye Badman; Elizabeth My Dear; (Song For My) Sugar Spun Sister; Made Of Stone; Shoot You Down; This Is The One; I Am The Resurrection
ocena: 4
The Stone Roses – najważniejszy zespół sceny madchester (dla niewtajemniczonych: ukształtowała się w Manchesterze na przełomie lat 80. i 90. i stanowi zlepek indie rocka i muzyki tanecznej), będący fundamentem dla brit-popu (Oasis wielokrotnie przyznawali się do inspiracji grupą Iana Browna) i niekwestionowana legenda brytyjskiej muzyki. Ich debiut, zatytułowany po prostu The Stone Roses, wywołał na Wyspach niemałe zamieszanie. Do dzisiaj jest zgodnie uważany za jedno z najważniejszych dokonań w historii, które stanowi punkt odniesienia dla wielu późniejszych muzyków (oprócz braci Gallagher z wymienionego Oasis, między innymi także dla Richarda Ashcrofta z The Verve). Tło każe podejść do tego dzieła na kolanach. Ale ja się wybiję i nie będę tego robił.
Wiem, wiem – i tak nie zmienię faktu, że ten album jest ogólnie uwielbiany. Ale najzwyczajniej w świecie nie rozumiem tak ogromnej fascynacji tą płytą. Bo nie ma na niej według mnie nic, co można by uznać za wiekopomne. No, może przesadzam, są dwa wyjątki. Pierwszym jest otwierające całość I Wanna Be Adored z niezwykle wciągającym, tajemniczym intro, genialną linią basu, rewelacyjną partią gitary Johna Squire'a, cudowną melodią i powalającym wprost ładunkiem emocjonalnym. A monumentalna, zwolniona końcówka to rozwiązanie godne największego uznania. Drugim, niewiele gorszym utworem, który także może zachwycać, jest Made Of Stone. Fantastycznie korespondujące ze sobą zwrotka i refren to prawdziwy majstersztyk. Gdyby cała płyta trzymała taki poziom, nie miałbym żadnych zastrzeżeń co do jej wielkości.
Reszta piosenek niestety już nie zapada tak bardzo w pamięć. Tym niemniej, nie brakuje takich, których słucha się z dużą przyjemnością. Takich, jak chociażby wesołego i żywego, tanecznego wręcz She Bangs The Drums czy rozluźniającego Waterfall. Finał w postaci najdłuższego w zestawie I Am The Ressurection także sprawia dobre wrażenie, chociaż niektóre zastosowane w nim patenty nie do końca mnie przekonują. Pozostałe kompozycje też trzymają pewien poziom, ale jak na album uchodzący za wybitny, to zdecydowanie za mało.
To nie tak miało być. Zamiast 4, powinniście zobaczyć 5 i wtedy wszystko byłoby jak należy. Ale nie należę do tego gatunku osób, które uważają, że klasyka to świętość i skrytykowanie jej to świętokradztwo. Otwarcie mówię, że The Stone Roses naprawdę warto znać, ale nie poczułbym żadnej większej straty, gdyby nie istniała. Chociaż... Czy wtedy powstałby brit-pop, a co za tym idzie, szereg ważnych dla brytyjskiej muzyki albumów? Czy Richard Ashcroft odczuwałby chęć tworzenia muzyki i nagrywania tak wybitnych płyt, jak Urban Hymns?
Nie mam zamiaru oddawać pokłonów, ale jednak lepiej, że The Stone Roses ujrzało światło dzienne. Sami oceńcie, czy w tym przypadku uznanie za klasykę jest uzasadnione. Bo tej płyty po prostu nie wypada nie znać. MICHCIK
|