Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Akustyczne ukojenie

Coldplay
Parachutes
2000
Don't Panic; Shiver; Spies; Spark; Yellow; Trouble; Parachutes; High Speed; We Never Change; Everything's Not Lost
ocena: 4
Pierwszy album Coldplay to zbiór dziesięciu nieskomplikowanych, ale jakże urokliwych i delikatnych piosenek. To wystarczyło, żeby wywołać prawdziwą sensację. Zespół stał się prekursorem mody na akustyczne brzmienia, wokalistę Chrisa Martina okrzyknięto głosem pokolenia, a Parachutes sprzedawało się doskonale. Wymarzony debiut.
Nie będzie dużo opisywania, bo nie ma dużo do słuchania (nieco ponad 40 min). Ale słuchać jest warto. Już początek wskazuje na to, że Parachutes nie jest płytą zwyczajną. Don't Panic to niezwykle rozluźniająca i wprowadzająca słuchacza w doskonały nastrój piosenka. Nie inaczej jest z nieco bardziej dynamicznym Shiver. Więcej powagi wprowadza rewelacyjne Spies. Bardzo cieszy, że Coldplay nie wstydzą się sięgać po gitary (co niestety na późniejszych płytach nie zdarza się tak często). Zdecydowanie najlepiej wyszło im to w przebojowym, radosnym Yellow, które naprawdę urzeka. Tajemnicze High Speed, które pod względem aranżacyjno-produkcyjnym przywodzi na myśl OK Computer, także robi znakomite wrażenie. Ale słychać także zapowiedź tego, co będzie się działo na A Rush Of Blood To The Head i X&Y, czyli dominująca rola fortepianu, który odgrywa główną rolę w znakomitym Trouble i zamykającym całość Everything's Not Lost.
Nic dziwnego, że wypaliło. Zgrabne, łatwo wpadające w ucho utwory zaśpiewane wspaniałym głosem, jakim niewątpliwie jest obdarzony Martin, oraz niezwykła lekkość i przebojowość kompozycji sprawiają, że całego albumu słucha się z wielką przyjemnością. Jednak, czy to naprawdę wystarczy, żeby nazywać Chrisa Martina zbawicielem muzyki? Czy nie lepiej po prostu w spokoju posłuchać sobie Parachutes i potraktować to jako formę relaksu, a nie obiekt kultu? Decyzję zostawiam już Wam. MICHCIK
|