Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Niedościgniony ideał

The Verve
Urban Hymns
1997
Bitter Sweet Symphony; Sonnet; The Rolling People; The Drugs Don’t Work; Catching The Butterfly; Neon Wilderness; Space And Time; Weeping Willow; Lucky Man; One Day; This Time; Velvet Morning; Come On
ocena: 5
Kiedy świat poznał Bitter Sweet Symphony, prawie wszyscy padli na kolana przed wielkością i geniuszem tego numeru. Utwór szybko okrzyknięty został "hymnem dekady". Kiedy wyszła już cała płyta, nie było wątpliwości, że mamy do czynienia z rzeczą wybitną.
Potęga tej płyty jest wprost niewyobrażalna. Od pierwszych do ostatnich sekund słuchacz bierze udział w swego rodzaju obrzędzie. Na dodatek, nawet, kiedy jest już po wszystkim, trudno się po nim otrząsnąć i dojść do siebie.
Nic dziwnego, że Bitter Sweet Symphony otwiera tę płytę. Cudowny i legendarny już motyw smyków, przez który mieli tyle kłopotów (The Rolling Stones upomnieli się o 100% zysków za wykorzystanie sampla z orkiestrowej wersji The Last Time), gorzki tekst i czyste piękno sprawiają, że nie da się od niego uwolnić. Nie wyobrażam sobie, żeby mogli cudowniej zacząć tę płytę. Ale skoro mowa o pięknie, to co w takim razie można powiedzieć o Sonnet z fantastyczną zagrywką gitary, urzekającym refrenem, poetyckim tekstem i znowu wspaniałymi smykami pod koniec? To niesamowite i wręcz niemożliwe do wykonania, a jednak cały album to pochód utworów wprost genialnych. Po Sonnet czas na ostre przyłożenie w postaci The Rolling People, pamiętające jeszcze czasy sesji do A Northern Soul. Hipnotyzujący śpiew Ashcrofta w połączeniu z ogromną siłą gitar i zachwycającą melodią dają powalający efekt. Powalające, chociaż w bardziej liryczny sposób, jest również słynne The Drugs Don’t Work, które potrafi poruszyć do głębi. Catching The Butterfly wprowadza nieco tajemnicy i psychodelii, a Neon Wilderness zachwyca przestrzennością i błogim klimatem. Cudowne, rozleniwiające Space And Time to hołd prostocie. Niesamowite, jak tak na pozór prostymi środkami, The Verve potrafią wywołać kosmiczne wręcz emocje. Weeping Willow znowu przywołuje nieco na myśl ten psychodeliczny okres Ashcrofta i spółki, tylko, że na jeszcze wyższym poziomie. Lucky Man z niezwykłą dawką luzu i ukojenia także zniewala Zespół trochę spuszcza z tonu dopiero przy delikatnym One Day i roztańczonym This Time, ale to wciąż świetne piosenki. No i czas na wielki finał, czyli boskie Velvet Morning oraz natchnione Come On. Ten pierwszy numer to kwintesencja piękna, natomiast ten drugi to znowu ostra jazda z niesamowitymi emocjami. Po takim czadzie naprawdę trudno wrócić do rzeczywistości, a przecież to jeszcze nie koniec, bo zespół trzyma nas w niepewności przez kilka minut ciszy, a potem raczy fenomenalną dawką ambientu, która jednak nie zasłużyła sobie na pełnoprawny tytuł.
Za to cała płyta zasługuje na miano najpiękniejszego albumu nie tylko lat 90., ale i wszech czasów (przynajmniej według niżej podpisanego). MICHCIK
|