Mój profil
mój avatar
archiwum
2010 czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2009 grudzień listopad sierpień czerwiec maj kwiecień marzec 2008 wrzesień sierpień czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń
linki
terazrock.pl screenagers.pl porcys.com www.pitchfork.com metacritic.com/music newalbumreleases.net nowamuzyka.pl marazz.com
ulubieni
Licznik odwiedzin
Zajrzało tutaj już 30501 osób
Powered by blog 4u |
Ostoja bitpopu

Oasis
(What's The Story) Morning Glory?
1995
Hello; Roll With It; Wonderwall; Don’t Look Back In Anger; Hey Now; Untitled; Some Might Say; Cast No Shadow; She’s Electric; Morning Glory; Untitled; Champagne Supernova
ocena: 4,5
Czym charakteryzuje się brit-pop? Zamiłowaniem do The Beatles, The Smithis, The Stone Roses i T.Rex. Nieskrępowaną melodyjnością i przebojowością. No i chyba jednak pewnego rodzaju szczeniactwem. Jeśli tak właśnie jest, to nic dziwnego dlaczego druga płyta Oasis stała się ikoną tego nurtu.
Nie da się ukryć, że w Wielkiej Brytanii są uwielbiani, a (What's The Story) Morning Glory? bardzo się do tego przyczyniło. Nie da się ukryć, że to na tym albumie Oasis wspięło się na swoje artystyczne wyżyny. Poza tym to naprawdę kopalnia przebojów, które już na stałe wpisały się w historię muzyki. Nie będę wychwalał tej płyty ponad niebiosa, jak czyni to mnóstwo osób, bo przyznam otwarcie, że nie jestem szczególnym zwolennikiem twórczości braci Gallagher. Ale jednego nie mogę zaprzeczyć – że to naprawdę świetna rzecz.
Wszystko zaczyna się od Hello. Najpierw wyłania się ten charakterystyczna motyw gitarowy znany z Wonderwall (ale o tym później), a po chwili następuje zmiana i wkracza ta charakterystyczna dla tego zespołu ściana dźwięku. I to naprawdę na wysokim poziomie (szczególnie refren). Na uwagę zasługuje również brzmienie, które w stosunku do debiutu (dla przypomnienia: Definitely Maybe z 1994 roku) jest o wiele lepsze. Równie dobrze słucha się Roll With It, czyli odświeżenie myśli The Beatles podane w doskonały i niezwykle porywający sposób. No i teraz czas na dwa największe hity, chyba nie tylko z tej płyty, ale również z całego dorobku Oasis – wspomniane już Wonderwall i Don't Look Back In Anger. Ten pierwszy to istny hymn brytyjskiej młodzieży pierwszej połowy lat 90. No i całkiem zasłużenie, bo chwyta jak mało co. Poza tym to naprawdę doskonała piosenka. Ponoć trudniej o bardziej oczywiste dobranie akordów, ale czy kogoś to obchodzi, jeśli dostajemy w zamian tak piękną melodię? Nie sądzę. Don't Look Back In Anger to także ogólnie znana i uwielbiana rzecz. Chyba nigdy nie wybaczę braciom Gallagher, że tak bezczelnie zacytowali Imagine Johna Lennona. Bo to naprawdę przesada. Ale jeśli przymknąć na to oko, nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Natomiast jeśli miałbym wybrać zdecydowanie najpiękniejszy moment tego albumu, bez wahania wskazałbym na Some Might Say, który był jednocześnie pierwszym singlem. Gitary brzmią wprost fantastycznie, a energia zawarta w tej piosence po prostu powala! No i oczywiście niesamowita melodia. Jakby taka była cała płyta, mielibyśmy prawdziwe arcydzieło. Ale to nie tak, że dalej nie ma dobrych utworów. Grzechem byłoby nie wspomnieć o delikatnym, akustycznym Cast No Shadow czy zadziornym Morning Glory. No i o finale, czyli Champagne Supernova, które momentami naprawdę może zachwycać.
Trudno nie podkreślić znaczenia tej płyty dla rozwoju brytyjskiej muzyki. Ale dla mnie prawdziwe znaczenie ma sama muzyka, która jest na bardzo wysokim, jednakże nie wybitnym poziomie. Dlatego tym razem nie będzie pięciu gwiazdek. Ale i tak nie zmienia to faktu, że, chcąc nie chcąc, mamy do czynienia z absolutną klasyką nie tylko brit-popu. MICHCIK
|