STREFA MUZYKI
|
|||||
menu |
księga gości |

No! No! No!
No! No! No!
2010
PJ; Polska szkoła dokumentu; Doskonały pomysł; Świat według bestsellera; Wyjątek od rozsądku; Jak czujesz się z tym?; Nie nadaję się do cyrku; Test Voight-Kampffa; Inaczej niż w raju; Zabrakło prostych słów
ocena: 3,5
Myszor, Powaga, Makowiecki – te nazwiska mówią same za siebie. Dwaj pierwsi to członkowie Myslovitz, najważniejszego (nie bójmy się użyć tego słowa) polskiego zespołu rockowego. Ten ostatni to uczestnik pierwszej edycji polskiego Idola, obdarzony charakterystyczną, ciepłą barwą głosu. Wydaje się, że muzyczne więcej ich dzieli, niż łączy, dlatego informacja o założeniu tego nietypowego zespołu mogła zdziwić. Mnie osobiście jednak zelektryzowała. Byłem zaintrygowany kierunkiem, w jakim podąży ta trójka utalentowanych muzyków. Efekt jest niezwykle zadowalający, ale i dość zaskakujący.
Współpraca zaowocowała czymś, co można określić mianem alternatywnego popu. Z jednej strony, No! No! No! stawiają na przebojowe melodie i nośne refreny, ale również okraszają je eksperymentami brzmieniowymi, takimi, jak elektronika, czy nagłe, niespodziewane gitarowe eksplozje, które nadają kompozycjom ambitnego wymiaru. Wbrew pozorom, nie wyszła z tego fuzja stylów Myslovitz i Makowieckiego, ale zupełnie nowa jakość. Nie można tu mówić o żadnym artystycznym przełomie, bo wiele zachodnich kapel gra w bardzo podobny sposób, jednak jest to muzyka niezwykle stylowa i pomysłowa. Otwierający całość PJ urzeka kunsztowną partią fortepianu, przeplataną przesterowanymi partiami gitar i tęsknym klimatem, w który wspaniale wpisuje się głos Makowieckiego (chyba nie mieliście wątpliwości, kto stanie za mikrofonem). Polska szkoła dokumentu, nawiązująca nieco do Radiohead, o tajemniczym nastroju i porażającej gitarowej eksplozji, która za każdym razem wbija w fotel, to jeszcze lepszy dowód niezwykłych zdolności kompozytorskich naszej trójki. Nie zabrakło również jednoznacznie popowego akcentu w postaci Doskonałego pomysłu. Nieco banalnie, ale zarazem przebojowo, pozytywnie i co najważniejsze - przekonująco. Nie ma mowy o żadnym pójściu w komerchę. Dziwacznie natomiast wyszło połączenie luźnego, wesołego Jak czujesz się z tym? z hałaśliwym, zupełnie niekomercyjnym Nie nadaję się do cyrku okraszonym wypowiedziami muzyków zespołu. Różnorodność stylistyczna jest potrzebna, ale w tym przypadku mamy do czynienia z artystycznym niezdecydowaniem. Na szczęście ten drobny zgrzyt (nie związany jednak z poziomem kompozycji) zostaje wynagrodzony, i to z nawiązką, dzięki zakończeniu debiutanckiego krążka No! No! No!, na który składa się alternatywny Test Voight-Kampffa, urokliwe, nieco (ale tylko nieco) coldplayowe Inaczej niż w raju i stonowane Zabrakło prostych słów. Jedną z perełek albumu jest również Wyjątek od rozsądku z doskonałymi elektronicznymi smaczkami.
Trzeba przyznać, że No! No! No! to kawał porządnego, na dodatek starannie wyprodukowanego, alternatywno-popowego grania. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby Myszor, Powaga i Makowiecki nie poprzestali jedynie na tej jednej płycie, bo w Polsce brakuje inteligentnej, wysmakowanej muzyki.

The National
High Violet
2010
Terrible Love; Sorrow; Anyone’s Ghost; Little Faith; Afraid Of Everyone; Bloodbuzz Ohio; Lemonworld; Ruaway; Conversation 16; England; Vanderlyle Crybaby Geeks
ocena: 4,5
Gdybyście zapytali mnie o The National kilka miesięcy wcześniej, pewnie powiedziałbym, że to dobry zespół, po prostu. Dobry, ale nic ponad to. Wraz z wydaniem High Violet moje podejście do twórczości tego zespołu zyskuje całkowicie nowy wymiar.
High Violet zachwyciło mnie od pierwszej chwili. Dawno nie miałem przyjemności usłyszeć tak lirycznych, wzruszających, romantycznych, po prostu pięknych, chwytających za serce, kompozycji. To, co piątka z Brooklynu dokonała na nowym krążku, zasługuje na najwyższe pochwały. To już nie są tylko piosenki, to hymny.
Doprawdy, trudno się nie wzruszyć i nie przeżyć chwil uniesienia słuchając tych cudownych (bez wyjątku) jedenastu kompozycji. Niezwykłe jest to, że The National osiągnęli ten efekt bez żadnych elektronicznych bajerów i studyjnych sztuczek, które często mają za zadanie nie ubarwić utwory, tylko zamaskować ich mierność. High Violet to zbiór PRAWDZIWYCH piosenek i gloryfikacja gitary jako instrumentu z prawdziwą duszą, który najpełniej potrafi wyrazić najgłębsze emocje. Może jedynie otwierające całość Terrible Love zaskakuje złożonymi rozwiązaniami aranżacyjnymi i eksperymentami brzmieniowymi, ale co to za utwór! Wielki, podniosły, obezwładniający. Zaczyna się niepozornie, jednak z sekundy na sekundy nabiera mocy i wzbudza szczery zachwyt a ekspresyjna gra sekcji rytmicznej i potęga oddziaływania finału to rozwiązania godne największych. Jednak klimat albumu wyznacza pierwszy singiel (perfekcyjny wybór!), Bloodbuzz Ohio. Kto nie uroni chociażby jednej łzy, może uchodzić za człowieka wypranego ze wszelkiej wrażliwości. Czyste, niczym nieskażone piękno i totalna magia. Ale czy nie tak samo możemy określić kompozycji takich, jak gęste Sorrow, tajemnicze Afraid Of Everyone, nawiązujące do U2 Lemonworld czy przestrzenne, okraszone cudnymi chórkami Conversation 16? Czy reszta piosenek odstaje od tych wyżej wymienionych? Jak bardzo byśmy się nie starali, nie znajdziemy na High Violet żadnego chybionego dźwięku. Mimo, że nastrój całego albumu jest niezwykle refleksyjny i stonowany, nie można mówić ani o chwili znużenia. To iście tęskna, sentymentalna wyprawa w głąb ludzkiej wrażliwości. Bo właśnie wrażliwość to słowo-klucz w przypadku tego zniewalającego dzieła.
Dlaczego "tylko" 4,5, a nie 5, pytacie? Szczerze mówiąc, cały czas się waham. Ale z racji tego, że piątka należy się dziełom skończenie doskonałym, jednak się wstrzymam. Zresztą, czy to ważne? Liczy się coś innego – że mamy zaszczyt słuchać jednej z najwspanialszych płyt ostatnich kilku lat.
Witamy w ekstraklasie, Panowie.

Editors
The Back Room
2005
Lights; Munich; Blood; Fall; All Sparks; Camera; Fingers In The Factories; Bullets; Someone Says; Open Your Arms; Distance
ocena: 4,5
Przeczytałem kiedyś w "Teraz Rocku", że Editors to bardziej przyjazna światu wersja Interpolu. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Z jednej strony, obie kapele są do siebie zbliżone estetycznie, a wokaliści Paul Banks i Tom Smith dysponują łudząco podobnymi barwami głosu, jednak muzyka Editors ma w sobie więcej światła, nie jest tak mroczna, melancholijna, odpychająca i zimna, jak ta, którą proponują ich koledzy z Nowego Jorku. No tak, zapomniałem o jeszcze jednym podobieństwie – wspaniałe debiutanckie albumy.
Zaznaczam od razu – The Back Room nie odznacza się wielkością formatu Turn On The Bright Lights. Jednak nie przeszkadza to jej w byciu fantastyczną, bardzo dojrzałą, zważając na ówczesny staż zespołu, i rozrywkową jednocześnie, płytą. Editors w mistrzowski sposób połączyli taneczną werwę i nośne melodie z alternatywną stylistyką i (nieznaczną) dawką mroku. Efekt jest iście piorunujący.
Początek The Back Room po prostu powala. Lights, Munich i Blood to prawdziwe killery, porażające słuchacza swoją mocą i porywające na parkiet. Szczególnie zachwyca Lights, będące najkrótszą kompozycją w zestawie, wypełnioną po brzegi kosmicznym ładunkiem emocjonalnym i stanowiącą zarazem cudowny hołd dla Joy Division (chyba nikt nie będzie zaskoczony faktem, że grupa Iana Curtisa to jedna z najważniejszych inspiracji zespołu). Mimo, że nastrój utworu jest dość niepokojący, mamy wrażenie, że Editors nie są czterema smutasami o grobowych minach. I zaiste, Munich i Blood udowadniają, że Smith i spółka zamiast stawiać jedynie na mrok, stawiają również na parkietowe wymiatacze i dawkę pozytywnej energii. Ta swoista dwoistość muzyki Editors jest niezwykle wciągająca i intrygująca. Zestawcie wspomniane Munich z Fall. Jak różna estetyka, jak różny nastrój! Jednak nie można mówić o jakimkolwiek zgrzycie, jeśli chodzi o spójność, bo mimo odmiennych rodzajów emocji, w gruncie rzeczy wszystkie utwory Editors są do siebie zbliżone ze względu na brzmienie i linie melodyczne. To w zasadzie mój jedyny zarzut wobec The Back Room. Kiedy słucham (notabene rewelacyjnego) Fingers In The Factories, wydaje mi się, że za chwilę będzie refren z Blood. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że The Back Room było ich debiutem, Editors mogą czuć się usprawiedliwieni. Tym bardziej, że na albumie nie ma praktycznie ani jednego chybionego kawałka (może oprócz dość błahego Bullets, odstającego estetycznie od reszty). Czy słuchamy stonowanej ballady, takiej jak Camera, czy energicznego Someone Says, nie ma mowy o chwili znużenia. A zwieńczenie albumu, czyli liryczne, niezwykle eteryczne, wręcz natchnione Distance z delikatną interpretacją wokalną Smitha, to prawdziwa bajka! Jeśli Editors chcieli w ten sposób przekonać o swoich niezwykłych zdolnościach tych najbardziej opornych , udało im się to w stu procentach.
Reasumując, The Back Room to jeden z najwspanialszych albumów, jakie przyniosła nam tak zwana rockowa rewolucja. Na szczęście Editors, w odróżnieniu od większości innych zespołów z tamtego efemerycznego nurtu, nie wypalili się po debiucie i do dziś udowadniają, że wciąż mają sporo dobrych pomysłów (chociaż poziomu recenzowanego krążka nie utrzymali). Miejmy nadzieję, że tak już zostanie.